poniedziałek, 12 stycznia 2015

Spotkanie z Bogiem ...

Poznań 2011

Cześć. Też się cieszę z nawiązanego kontaktu. I opowiem Ci teraz, co u mnie, skoro jesteś ciekaw, ale... to będzie bardzo długie :-) Od razu też muszę sprostować - pomijając naprawdę krótkie chwile w moim życiu, gdzie myśl takowa (tzn. że mogę sobie z własnej woli podarować już tę ciągłą, codzienną podroż wokół osi ziemi) przemknęła mi przez głowę, nigdy nie myślałem o przerwaniu, skróceniu, zakończeniu życia poważnie. To, co mnie spotkało, nie było zależne od mojej woli. Tak się też zdarza, a nawet powiedziałbym, że każdemu się to zdarzy w wymiarze ostatecznym, czy tego chce, czy nie.


No więc borykałem się z problemami zdrowotnymi (których naprawdę nie chciałem akurat wtedy, bo rozkręcające się granie, świeżo wydana płyta z dobrymi recenzjami, perspektywy rozwoju i tzw. spełnienia się w tym, co się lubi robić), a przybrały one postać właśnie ostateczną, tzn. lekarze albo stukali się po głowach, że hipochondryk (jak to często bywa, gdy ktoś choruje na trudne w leczeniu i diagnostyce schorzenia - szczególnie w naszym kraju :-)), bo z tym, co twierdzę, że mi jest, to powinienem być na OIOM-ie lub raczej już po tamtej stronie, albo ci, którzy wierzyli w badania, które miałem porobione i w stan faktyczny mojego organizmu, rozkładali ręce i – cytuję: „Z takim zwierzyńcem we krwi wyhodowanym nie wiem, co zrobić” - he, he !
No nic. Napisałem wcześniej, że walczyłem przez ponad rok, może dwa, z bardzo ostrymi stanami (bo choroba rozwijała się dużo wcześniej, tylko miałem drobniejsze objawy w pompie :-), nie zastanawiałem się za bardzo, co się dzieje, skoro mogę funkcjonować i młody jestem :-))), a jak łupnęło, to już nie było co zbierać :-). Pewnie będziesz ciekaw, co dokładnie, więc tylko powiem, jaki był finalny stan: ostra neuroborelioza, aspergiloza (mózg raczej zajęty), kandydoza układowa (stwierdzone np. żywe Candida krusei we krwi) i parę innych fajnych żyjątek w żyłach. Kleszcze od dzieciństwa po kilka w wakacje łapałem :-), więc to się rozwijało od dawna na pewno. No, nieważne to już jest teraz. Efekt był taki, że jak w końcu łupnęło na ostro (ciągłe stany zapalne mózgu), to leczyłem się wszelkimi możliwymi sposobami, które niestety pomagały zwykle na chwilę albo w ogóle, a później było jeszcze gorzej, bo leczyłem jedno, a drugie się tym leczeniem pasło i tak w kółko. Stało się jasne w pewnym momencie, że dla mnie już nie ma ratunku w racjonalnych metodach (lekarze wymiękli, a moje samotne próby szukania doświadczeń innych chorych też zawiodły, nawet bioenergoterapeuci itp. byli na tapecie), że już długo nie pociągnę. Miałem dwa chyba spotkania ze śmiercią faktycznie. Czułem, że to już koniec i pozwoliłem na to, czekałem, ale - całe szczęście - tak się nie stało. Byłem wtedy z Sonią po 7 latach związku. Była przerażona. Jak już zacząłem się zastanawiać, czy to miesiąc, tydzień, czy pół roku może mi zostało (i to jeszcze mało komfortowego życia), pamiętam, że wymyśliłem sobie, że może jeszcze w jakimś miejscu mocy posiedzę, to mnie choć trochę na nogi postawi (naczytałem się o czakramach kiedyś i nawet jakąś teorię znalazłem, że w mieście w którym mieszkam w katedrze jest takowy, więc się tam udałem). Teraz już wiem, że był to okultystyczny pomysł. Posiedziałem najbliżej ołtarza, jak się dało, bo wydawało mi się, że pod ołtarzem takie miejsca są :-)) No więc siedząc tam czułem się niedorzecznie troszkę. Nie dość, że w kościele, to jakiś koleś siedzi niedaleko ołtarza i chłonie moc – he, he. Nic specjalnie nie czułem (ani poprawy, ani sensowności moich poczynań, więc zbierając się do wyjścia rzuciłem od niechcenia jeszcze w górę (bo kościół w końcu :-)): „Boże, jeśli jesteś, pomóż, bo umieram i cierpię”.
I tutaj się zaczynają zmiany, o których pisałem. Ale do rzeczy. Nigdy nie byłem religijną osobą (i do tej pory za taką siebie nie uważam), zresztą pamiętasz moją mamę - bliżej jej było medytacji, buddyzmu i zen niż myślenia o tzw. Stwórcy. W takim domu wzrastałem i sam podobne poglądy przez całe życie miałem. Nawet (wracając do myślenia o śmierci) twierdziłem, że będzie ona najpiękniejszym momentem w życiu. Nie twierdziłem tak, bo chciałem jej, ale myślałem, że będzie wytchnieniem, pozbyciem się cielesności i skończy się to, co ciąży. Życie jawiło mi się jako cudowne, ale dość ciężkie raczej doświadczenie :-). No, ale w sytuacji, kiedy w wieku 33 lat konfrontujesz się z możliwością zakończenia „podróży”, zaczynasz się zastanawiać: Co i jak? Co dalej ? Czy coś dalej w ogóle jest? Właściwie do tej opcji, że coś jest, byłem przekonany... Pamiętasz Renatę, siostrę mojej mamy? Ona się utopiła w Dębkach kiedyś i kilka minut była martwa. Na szczęście jakaś lekarka na plaży się znalazła i reanimowała ją, udało się, wróciła i.... mówiła, że po tamtej stronie jest tak pięknie, że nie chciała wracać tutaj. Żyłem z takim przeświadczeniem, że „tam” jest życie, że jest pięknie i na pewno będzie si. Bo jak by co, przecież jestem dobrym człowiekiem. No, ale jak już wspomniałem, kiedy wiesz, że się to zbliża, strach jest. Tego dnia po katedrze, kiedy wieczorem z Sonią siedzieliśmy i gadaliśmy, mnie ogarnęła myśl, że tam może nic nie być, że teraz umieram, bo na to wszystko wskazuje i... koniec. Pustka. Znikam. Tyle, do widzenia, Winnetou. I przeraziło mnie to. Wiedziałem jedynie, że jeszcze w takim razie nie chcę. Pobiegłem do prof. Googla :-) wklepać hasło „śmierć kliniczna”. Wyskoczył mi link do opowieści o przeżytej śmierci klinicznej przez pana, który się nazywa Howard Storm - jakbyś chciał przeczytać: http://forum.i-doser.pl/viewtopic.php?t=839
Facet doświadczył niesamowitych historii po tamtej stronie. Nie będę opowiadał Ci wszystkiego. W każdym razie sam wiele razy podobne teksty czytałem i nie robiły na mnie wrażenia, a tym razem dziwnie się czułem czytając. Po pierwsze w trakcie czytania dziwnie się trząść zacząłem, po drugie byłem absolutnie pewien, że to, co czytam, jest prawdą ( nie tylko dla niego, ale obiektywną – to, czego doświadczył, jest prawdziwe), po trzecie na końcu on „tam” spotyka się z aniołami i z Jezusem, który w pewnym momencie zwraca się do niego i mówi: „Chciałbym porozmawiać o twoim życiu” i w tym samym momencie zostaje mu ono wyświetlone, ale z zupełnie innej perspektywy niż on je widział wcześniej. Okazało się, że wszystkie jego osiągnięcia i sukcesy są mało ważne, ale ważne jest to, czy kierował się w traktowaniu innych ludzi miłością. Okazało się też, że w związku z tym jego życie jest jedną wielką porażką, poza jakimś drobnym incydentem z siostrą, którą kiedyś przytulił, jak była chora - to był największy triumf jego życia.

Jak skończyłem czytać, czułem się już dość dziwnie, cały czas trząsłem się i zostało mi też momentalnie wyświetlone moje życie. Nagle. Ni z gruchy ni z pietruchy zobaczyłem je ze szczegółami, o których dawno zapomniałem (w ułamku sekundy – trudno to wytłumaczyć), w zupełnie innym świetle niż myślałem, że jest. Okazało się tak samo, że we mnie miłości nie ma. Że jestem samolubem i kierowałem się tylko egoistycznymi pobudkami. Krótko mówiąc spaprałem 33 lata życia. Naprawdę poczułem się szmatławo sam ze sobą. I nie do końca rozumiałem, co się stało... Jednego byłem pewien, że to był Bóg, że przyszedł do mnie i pokazał mi, gdzie leży kłopot - czemu jestem chory i co się stanie, jeśli teraz umrę. Wiedziałem, że jeśli teraz kipnę, po tamtej stronie z Bogiem mnie nie będzie. I nie trafię do fajnego miejsca. Więc kolejne przerażenie, ale też radocha, bo spotkałem się z Bogiem. Pokazał mi, jak chciałby, żebym kochał ludzi i…. Jego :-) Przez trzy dni kolejne dostawałem mocne zapewnienia, że mi się nie przewidziało, że to był Bóg. Sonia była świadkiem. Zaraz po moim olśnieniu wydrukowałem te 8 stron Howarda Storma i dałem jej do przeczytania. Myślałem, że nią też wstrząśnie. A tu nic :-) Ale była świadkiem i też narzędziem Boga w tych trzech dniach. Rano następnego dnia pamiętam, że wstałem i z przerażoną radochą (dziwny stan) wiedziałem już, że jest Bóg, że odpowiada na modlitwy (w końcu to od niechcenia w katedrze było modlitwą :-)) i pomodliłem się, żeby mi pokazał, co mam zrobić, żeby naprawić to spaprane życie. Wieczorem robiliśmy kolacje i Sonia położyła deseczkę do krojenia chleba na rusztach kuchenki i coś tam kroiła, deseczka się przykleiła i po odklejeniu wyglądała tak:



Były to dni, w których mocno czułem obecność Bożą w domu i myślę, że Sonia też, mimo że nie doświadczyła tego, co ja. Widziała, była świadkiem tych wszystkich wydarzeń.
Od tej pory przez dwa miesiące starałem się sam naprawiać swoje życie. Zostałem wolontariuszem. Mimo stanu zdrowia :-) zacząłem chodzić do kościoła dominikanów na msze. Bo tak myślałem, że do Boga się zbliżę. I tak po dwóch miesiącach dotarło do mnie, że niestety oddalam się od tego, co przeżyłem. Oddalam się od Boga i próbuje sam siebie naprawić, co marnie mi idzie. Miłości jak nie było, tak nie ma. Mogę jedynie udawać, starać się być milszym, starać się widzieć ludzi w pozytywnym świetle itd., ale to tylko starania nieudolne. Wtedy stał się kolejny cud, a mianowicie dostałem totalnego ssania, nienaturalnego, z góry - na Nowy Testament. Połknąłem go raz, drugi i… trafiłem w tym samym czasie na portal www.szukajacboga.com (ang. wersja http://peacewithgod.jesus.net/) - tam w dość kiczowaty sposób, ale treść jest ważna, zostało czarno na białym pokazane przesłanie ewangelii.
Efekt jest taki, że oddałem swoje życie w ręce Boga. Oddałem życie Jezusowi, jakkolwiek to brzmi. Dowiedziałem się, że Bóg stworzył człowieka do życia w jedności z Nim. ( tutaj sparafrazuje słowa z tekstu o czterech prawach życia duchowego, bo to co tam jest napisane zmieniło moje życie więc żeby dobrze zrozumieć o co chodzi postaram się prawie tak samo napisać - jest po prostu bardzo logiczne) Że człowiek zbłądził wybierając dla swego życia ścieżkę niezależną ... po swojemu. Ten przejaw samowoli i buntu wobec Boga właśnie jest według Biblii grzechem. No i ten grzech przerwał ustanowioną więź, dlatego też Bożego planu i Jego miłości nie doświadczamy. Dotarło do mnie, że to, co się stało te 2000 z kawałkiem lat temu, nie jest bajką i to, co Jezus mówił o sobie, jest prawdą. I za te moje 33 lata życia niezależnie od Niego już On poniósł karę (która mi się należała). Zmarł za nie i zmartwychwstał. Nikt nie jest w stanie własnymi wysiłkami i dobrym życiem zapracować na zbawienie, dlatego Jezus oddał siebie z miłości do nas (z miłości do mnie) ponosząc za moje grzechy karę - nie wystarczy o tym wiedzieć intelektualnie, ale powinienem na to odpowiedzieć oddając swoje życie, wszystkie sprawy, w Jego ręce, uznając tym samym Jego za osobistego Zbawiciela i Pana, powierzyć mu siebie, nawiązując tym samym tę utraconą relację. To jedyny sposób, żeby po tamtej stronie do Boga trafić. Jeśli tutaj nie nawiążę tej relacji (żywej, prawdziwej), to po tamtej stronie będzie za późno. Ukorzyłem się, przeprosiłem za życie niezależne od Jego woli i poprosiłem o to, żeby mnie poprowadził i zmienił na taki obraz, jaki chce. I On to zrobił. Przyszedł i leczy mnie. Z każdej sprawy. Z choroby, z tego braku miłości. Dostałem nowe życie, nowe serce – pełne, a nie ciągle pragnące, jak wcześniej (pragnące i wypełniające te pragnienia sztuką, muzyką itd., ciągłe ssanie na nie wiadomo co). Teraz już wiem, że to było nieuświadomione ssanie Boga. Każdy Go potrzebuje. I przyjmując Go dostajemy nowe życie z pełnym, mięsistym sercem. Bez Boga miłość jest faktycznie - jak to nazwałeś - specyficznym sposobem manipulowania hormonami. 
W każdym razie wydarzyło się to pierwsze spotkanie z Bogiem w marcu, a dwa miesiące później oddałem Jezusowi swoje życie i chwilę później odstawiłem wszystkie leki. Wcześniej, jak odstawiałem, było pogorszenie szybko, a teraz jest luty i funkcjonuję zupełnie normalnie. Wprawdzie do pełnego uzdrowienia jeszcze trochę brakuje, ale mój koszmar chorobowy dawno temu się skończył i wierzę, że niedługo będę zdrowy w 100 procentach :-)
Jeszcze tylko dodam, że Pan Jezus nie jest jakiś odległy. Jest bardzo realny i prowadzi mnie każdego dnia. Czasem mocniej, a czasem mniej to się odczuwa, ale tak jest. I doświadczenie miłości Bożej przechodzi ludzkie poznanie. Wszystkie koncerty, uniesienia w sztuce, czy cokolwiek sobie można wyobrazić, jest niczym w porównaniu z tym, co otrzymujemy od Niego. Bóg kocha każdego niezależnie od tego, co zrobił. Jedynie od nas zależy, czy tę miłość przyjmiemy, czy chcemy żyć w jedności z Nim, czy dalej niezależnie (co się niestety kończy tragicznie, przede wszystkim w wymiarze wiecznym). 


P.S. Dodatek ostatni ;-) - Każdy z tą wiecznością się spotka, czy tego chce, czy nie .......
tak pomyślałem, że dodam jeszcze bo.... już tyle razy różne pytania padały w stylu a co to za religia a czy św. Jehowy jesteś a czy ta sekta to .... itd itd. więc chcę wyjaśnić, że nie namawiam nikogo do wstąpienia do jakiejkolwiek organizacji religijnej czy jakiegoś kościoła. To nie ma znaczenia czy jesteś katolikiem, czy protestantem czy prawosławnym czy kimkolwiek innym. Możesz sobie należeć do kościoła jakiego chcesz. To o czym mówię jest relacją i nawiązuje się ją osobiście z Bogiem który przyszedł w ciele na świat. Po zmartwychwstaniu jest żywy i chce mieć z Tobą relację. Zapłacił za Twoje życie niezależne od Niego i chce Ciebie poprowadzić. Gdziekolwiek jesteś, gdziekolwiek chodzisz na nabożeństwa czy też nigdzie nie chodzisz to nie ma znaczenia ale znaczenie ma to czy się na nowo narodziłeś powierzając swoje życie żywemu Jezusowi. W Ew. Jana 3,1-6. jest o tym mowa. Warto zastanowić się czy się te nowe narodziny przeżyło bo jest to kluczowa sprawa w zbawieniu i przyjęciu Bożego przebaczenia. Zapewniam Ciebie kimkolwiek jesteś, że jeśli masz wątpliwości czy przeżyłeś te nowe narodziny to na pewno się to nie stało w Twoim życiu jeszcze. Nie znam nikogo kto by się narodził na nowo i nie wiedział o tym. Dzieje się to po przyjęciu przebaczenia od Jezusa i powierzeniu mu wszystkiego, całego swojego życia. Wtedy dopiero On ma pełne prawo do Ciebie. W momencie w którym decydujesz się zejść z tronu w swoim życiu i oddać go Jezusowi. Pozwalając kierować jak On chce Tobą. Wtedy dostajesz Ducha Świętego i tylko wtedy. Pan Jezus mówił: " Kto bowiem chce zachować duszę swoją, straci ją, kto zaś straci duszę swoją dla mnie, ten ją zyska" Ew. Łukasza 9; 24. i Nie da się inaczej otrzymać Ducha Świętego. Nie można otrzymać go przez jakieś rytuały czy sakramenty, czy w jakikolwiek inny sposób. Tylko powierzając swoje życie w 100% Bogu. Wtedy Pan obiecuje że tak się stanie. i nikt tego nie żałuje bo zaczyna się wtedy cudowne życie z Bogiem na co dzień :-). Nie znam nikogo kto podjąłby taką decyzję i tego żałował :-) i jestem pewien, że takich ludzi po prostu nie ma :-) tego nie można żałować. OK tyle tytułem wyjaśnienia czy należę do sekty jakiejś :-) i będę się modlił o to nowe życie dla Ciebie …..

Pozdrawiam serdecznie 

Jeśli chciałbyś o tym pogadać albo otrzymać jakieś wsparcie pisz śmiało na sebastiangrzesiak777@gmail.com

--------------------------------------------------------

Kimkolwiek jesteś, jeśli jesteś poruszony moją historią wiedz, że to nie przypadek, że to czytasz i że to Bóg Ciebie dotyka i zaprasza do szukania Jego. On Ciebie kocha !!! i to nie puste słowa a prawda. Pan Bóg posłużyć się może wszystkim do pociągnięcia ludzi ku sobie. Jezus Ciebie kocha i chce Tobie objawić samego siebie i poprowadzić przez życie (w Ew. Jana jest napisane w rozdziale 14 wersecie 21 "...a kto mnie miłuje, tego też będzie miłował mój Ojciec i Ja miłować go będę, i objawię mu samego siebie..." to słowa Pana Jezusa i dalej w tej samej Ewangelii ten sam rozdział i werset 23 "... Ojciec mój umiłuje go, i do niego przyjdziemy, i u niego zamieszkamy."). Wystarczy, że w to uwierzysz i zaprosisz Go a będziesz zdziwiony Jego realnością i zaskoczony tym co otrzymasz - ogromem miłości i pokoju i radości. 


Sebastian


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz