sobota, 19 lutego 2011

spotkanie odmieniające życie ....

Poznań luty 2011

Napisałem niedawno do Henia, znajomego mojej mamy z czasów mojego dzieciństwa, list. Odezwał się do mnie po 27 latach z pytaniem, co u mnie, więc opisałem mu wydarzenia z ostatniego roku. Wtedy się zadziało to, co sprawiło, że jestem, kim jestem teraz, a sam list sprowokował mnie do stworzenia bloga - http://sebix-sg.blogspot.com. 
Może ktoś coś dla siebie z niego weźmie.

No więc borykałem się z problemami zdrowotnymi (których naprawdę nie chciałem akurat wtedy, bo rozkręcające się granie, świeżo wydana płyta z dobrymi recenzjami, perspektywy rozwoju i tzw. spełnienia się w tym, co się lubi robić), a przybrały one postać właśnie ostateczną, tzn. lekarze albo stukali się po głowach, że hipochondryk (jak to często bywa, gdy ktoś choruje na trudne w leczeniu i diagnostyce schorzenia - szczególnie w naszym kraju :-)), bo z tym, co twierdzę, że mi jest, to powinienem być na OIOM-ie lub raczej już po tamtej stronie, albo ci, którzy wierzyli w badania, które miałem porobione i w stan faktyczny mojego organizmu, rozkładali ręce i – cytuję: „Z takim zwierzyńcem we krwi wyhodowanym nie wiem, co zrobić” - he, he, he!
No nic. Napisałem wcześniej, że walczyłem przez ponad rok, może dwa, z bardzo ostrymi stanami (bo choroba rozwijała się dużo wcześniej, tylko miałem drobniejsze objawy w pompie :-), nie zastanawiałem się za bardzo, co się dzieje, skoro mogę funkcjonować i młody jestem :-))), a jak łupnęło, to już nie było co zbierać :-). Leczyłem się wszelkimi możliwymi sposobami, które niestety pomagały zwykle na chwilę albo w ogóle, a później było jeszcze gorzej, bo leczyłem jedno, a drugie się tym leczeniem pasło i tak w kółko. Stało się jasne w pewnym momencie, że dla mnie już nie ma ratunku w racjonalnych metodach (lekarze wymiękli, a moje samotne próby szukania doświadczeń innych chorych też zawiodły, nawet bioenergoterapeuci itp. byli na tapecie), że już długo nie pociągnę. Miałem dwa chyba spotkania ze śmiercią faktycznie. Czułem, że to już koniec i pozwoliłem na to, czekałem, ale - całe szczęście - tak się nie stało. Byłem wtedy z Sonia po 7 latach związku. Była przerażona. Jak już zacząłem się zastanawiać, czy to miesiąc, tydzień, czy pół roku może mi zostało (i to jeszcze mało komfortowego życia), pamiętam, że wymyśliłem sobie, że może jeszcze w jakimś miejscu mocy posiedzę, to mnie choć trochę na nogi postawi (naczytałem się o czakramach kiedyś i nawet jakąś teorię znalazłem, że w mieście w którym mieszkam w katedrze jest takowy, więc się tam udałem). Teraz już wiem, że był to okultystyczny pomysł. Posiedziałem najbliżej ołtarza, jak się dało, bo wydawało mi się, że pod ołtarzem takie miejsca są :-)) No więc siedząc tam czułem się niedorzecznie troszkę. Nie dość, że w kościele, to jakiś koleś siedzi niedaleko ołtarza i chłonie moc – he, he. Nic specjalnie nie czułem (ani poprawy, ani sensowności moich poczynań, więc zbierając się do wyjścia rzuciłem od niechcenia jeszcze w górę (bo kościół w końcu :-)): „Boże, jeśli jesteś, pomóż, bo umieram i cierpię”. 
I tutaj się zaczynają zmiany, o których pisałem. Ale do rzeczy. Nigdy nie byłem religijną osobą (i do tej pory za taką siebie nie uważam), zresztą pamiętasz moją mamę - bliżej jej było medytacji, buddyzmu i zen niż myślenia o tzw. Stwórcy. W takim domu wzrastałem i sam podobne poglądy przez całe życie miałem. Nawet (wracając do myślenia o śmierci) twierdziłem, że będzie ona najpiękniejszym momentem w życiu. Nie twierdziłem tak, bo chciałem jej, ale myślałem, że będzie wytchnieniem, pozbyciem się cielesności i skończy się to, co ciąży. Życie jawiło mi się jako cudowne, ale dość ciężkie raczej doświadczenie :-). No, ale w sytuacji, kiedy w wieku 33 lat konfrontujesz się z możliwością zakończenia „podróży”, zaczynasz się zastanawiać: Co i jak? Co dalej ? Czy coś dalej w ogóle jest? Właściwie do tej opcji, że coś jest, byłem przekonany... Pamiętasz Renatę, siostrę mojej mamy? Ona się utopiła w Dębkach kiedyś i kilka minut była martwa. Na szczęście jakaś lekarka na plaży się znalazła i reanimowała ją, udało się, wróciła i.... mówiła, że po tamtej stronie jest tak pięknie, że nie chciała wracać tutaj. Żyłem z takim przeświadczeniem, że „tam” jest życie, że jest pięknie i na pewno będzie si. Bo jak by co, przecież jestem dobrym człowiekiem. No, ale jak już wspomniałem, kiedy wiesz, że się to zbliża, strach jest. Tego dnia po katedrze, kiedy wieczorem z Sonią siedzieliśmy i gadaliśmy, mnie ogarnęła myśl, że tam może nic nie być, że teraz umieram, bo na to wszystko wskazuje i... koniec. Pustka. Znikam. Tyle, do widzenia, Winnetou. I przeraziło mnie to. Wiedziałem jedynie, że jeszcze w takim razie nie chcę. Pobiegłem do prof. Googla :-) wklepać hasło „śmierć kliniczna”. Wyskoczył mi link do opowieści o przeżytej śmierci klinicznej przez pana, który się nazywa Howard Storm - jakbyś chciał przeczytać: http://forum.i-doser.pl/viewtopic.php?t=839
Facet doświadczył niesamowitych historii po tamtej stronie. Nie będę opowiadał Ci wszystkiego. W każdym razie sam wiele razy podobne teksty czytałem i nie robiły na mnie wrażenia, a tym razem dziwnie się czułem czytając. Po pierwsze w trakcie czytania dziwnie się trząść zacząłem, po drugie byłem absolutnie pewien, że to, co czytam, jest prawdą ( nie tylko dla niego, ale obiektywną – to, czego doświadczył, jest prawdziwe), po trzecie na końcu on „tam” spotyka się z aniołami i z Jezusem, który w pewnym momencie zwraca się do niego i mówi: „Chciałbym porozmawiać o twoim życiu” i w tym samym momencie zostaje mu ono wyświetlone, ale z zupełnie innej perspektywy niż on je widział wcześniej. Okazało się, że wszystkie jego osiągnięcia i sukcesy są mało ważne, ale ważne jest to, czy kierował się w traktowaniu innych ludzi miłością. Okazało się też, że w związku z tym jego życie jest jedną wielką porażką, poza jakimś drobnym incydentem z siostrą, którą kiedyś przytulił, jak była chora - to był największy triumf jego życia. 
Jak skończyłem czytać, czułem się już dość dziwnie, cały czas trząsłem się i zostało mi też momentalnie wyświetlone moje życie. Nagle. Ni z gruchy ni z pietruchy zobaczyłem je ze szczegółami, o których dawno zapomniałem (w ułamku sekundy – trudno to wytłumaczyć), w zupełnie innym świetle niż myślałem, że jest. Okazało się tak samo, że we mnie miłości nie ma. Że jestem samolubem i kierowałem się tylko egoistycznymi pobudkami. Krótko mówiąc spaprałem 33 lata życia. Naprawdę poczułem się szmatławo sam ze sobą. I nie do końca rozumiałem, co się stało... Jednego byłem pewien, że to był Bóg, że przyszedł do mnie i pokazał mi, gdzie leży kłopot - czemu jestem chory i co się stanie, jeśli teraz umrę. Wiedziałem, że jeśli teraz kipnę, po tamtej stronie z Bogiem mnie nie będzie. I nie trafię do fajnego miejsca. Więc kolejne przerażenie, ale też radocha, bo spotkałem się z Bogiem. Pokazał mi, jak chciałby, żebym kochał ludzi i…. Jego :-) Przez trzy dni kolejne dostawałem mocne zapewnienia, że mi się nie przewidziało, że to był Bóg. Sonia była świadkiem. Zaraz po moim olśnieniu wydrukowałem te 8 stron Howarda Storma i dałem jej do przeczytania. Myślałem, że nią też wstrząśnie. A tu nic :-) Ale była świadkiem i też narzędziem Boga w tych trzech dniach. Rano następnego dnia pamiętam, że wstałem i z przerażoną radochą (dziwny stan) wiedziałem już, że jest Bóg, że odpowiada na modlitwy (w końcu to od niechcenia w katedrze było modlitwą :-)) i pomodliłem się, żeby mi pokazał, co mam zrobić, żeby naprawić to spaprane życie. Wieczorem robiliśmy kolacje i Sonia położyła deseczkę do krojenia chleba na rusztach kuchenki i coś tam kroiła, deseczka się przykleiła i po odklejeniu wyglądała tak:


Były to dni, w których mocno czułem obecność Bożą w domu i myślę, że Sonia też, mimo że nie doświadczyła tego, co ja. Widziała, była świadkiem tych wszystkich wydarzeń. 
Od tej pory przez dwa miesiące starałem się sam naprawiać swoje życie. Zostałem wolontariuszem. Mimo stanu zdrowia :-) zacząłem chodzić do kościoła dominikanów na msze. Bo tak myślałem, że do Boga się zbliżę. I tak po dwóch miesiącach dotarło do mnie, że niestety oddalam się od tego, co przeżyłem. Oddalam się od Boga i próbuje sam siebie naprawić, co marnie mi idzie. Miłości jak nie było, tak nie ma. Mogę jedynie udawać, starać się być milszym, starać się widzieć ludzi w pozytywnym świetle itd., ale to tylko starania nieudolne.
Wtedy stał się kolejny cud, a mianowicie dostałem totalnego ssania, nienaturalnego, z góry - na Nowy Testament. Połknąłem go raz, drugi i… trafiłem w tym samym czasie na portal www.szukajacboga.com (ang. wersja http://peacewithgod.jesus.net/) - tam w dość kiczowaty sposób, ale treść jest ważna, zostało czarno na białym pokazane przesłanie ewangelii.
Efekt jest taki, że oddałem swoje życie w ręce Boga. Oddałem życie Jezusowi, jakkolwiek to brzmi. Dowiedziałem się, że Bóg stworzył człowieka do życia w jedności z Nim. ( tutaj sparafrazuje słowa z tekstu o czterech prawach życia duchowego, bo to co tam jest napisane zmieniło moje życie więc żeby dobrze zrozumieć o co chodzi postaram się prawie tak samo napisać - jest po prostu bardzo logiczne) Że człowiek zbłądził wybierając dla swego życia ścieżkę niezależną ... po swojemu. Ten przejaw samowoli i buntu wobec Boga właśnie jest według Biblii grzechem. No i ten grzech przerwał ustanowioną więź, dlatego też Bożego planu i Jego miłości nie doświadczamy. Dotarło do mnie, że to, co się stało te 2000 z kawałkiem lat temu, nie jest bajką i to, co Jezus mówił o sobie, jest prawdą. I za te moje 33 lata życia niezależnie od Niego już On poniósł karę (która mi się należała). Zmarł za nie i zmartwychwstał. Nikt nie jest w stanie własnymi wysiłkami i dobrym życiem zapracować na zbawienie, dlatego Jezus oddał siebie z miłości do nas (z miłości do mnie) ponosząc za moje grzechy karę - nie wystarczy o tym wiedzieć intelektualnie, ale powinienem na to odpowiedzieć oddając swoje życie, wszystkie sprawy, w Jego ręce, uznając tym samym Jego za osobistego Zbawiciela i Pana, powierzyć mu siebie, nawiązując tym samym tę utraconą relację. To jedyny sposób, żeby po tamtej stronie do Boga trafić. Jeśli tutaj nie nawiążę tej relacji (żywej, prawdziwej), to po tamtej stronie będzie za późno. Ukorzyłem się, przeprosiłem za życie niezależne od Jego woli i poprosiłem o to, żeby mnie poprowadził i zmienił na taki obraz, jaki chce. I On to zrobił. Przyszedł i leczy mnie. Z każdej sprawy. Z choroby, z tego braku miłości. Dostałem nowe życie, nowe serce – pełne, a nie ciągle pragnące, jak wcześniej (pragnące i wypełniające te pragnienia sztuką, muzyką itd., ciągłe ssanie na nie wiadomo co). Teraz już wiem, że to było nieuświadomione ssanie Boga. Każdy Go potrzebuje. I przyjmując Go dostajemy nowe życie z pełnym, mięsistym sercem. Bez Boga miłość jest faktycznie - jak to nazwałeś - specyficznym sposobem manipulowania hormonami. 
Pan Jezus nie jest jakiś odległy. Jest bardzo realny i prowadzi mnie każdego dnia. Czasem mocniej, a czasem mniej to się odczuwa, ale tak jest. I doświadczenie miłości Bożej przechodzi ludzkie poznanie. Wszystkie koncerty, uniesienia w sztuce, czy cokolwiek sobie można wyobrazić, jest niczym w porównaniu z tym, co otrzymujemy od Niego. Bóg kocha każdego niezależnie od tego, co zrobił. Jedynie od nas zależy, czy tę miłość przyjmiemy, czy chcemy żyć w jedności z Nim, czy dalej niezależnie (co się niestety kończy tragicznie, przede wszystkim w wymiarze wiecznym). 


P.S. Dodatek ostatni ;-) - Każdy z tą wiecznością się spotka, czy tego chce, czy nie ........




Kimkolwiek jesteś, jeśli jesteś poruszony moją historią wiedz, że to nie przypadek, że to czytasz i że to Bóg Ciebie dotyka i zaprasza do szukania Jego. On Ciebie kocha !!! i to nie puste słowa a prawda. Pan Bóg posłużyć się może wszystkim do pociągnięcia ludzi ku sobie. Jezus Ciebie kocha i chce Tobie objawić samego siebie i poprowadzić przez życie (w Ew. Jana jest napisane w rozdziale 14 wersecie 21 "...a kto mnie miłuje, tego też będzie miłował mój Ojciec i Ja miłować go będę, i objawię mu samego siebie..." to słowa Pana Jezusa i dalej w tej samej Ewangelii ten sam rozdział i werset 23 "... Ojciec mój umiłuje go, i do niego przyjdziemy, i u niego zamieszkamy."). Wystarczy, że w to uwierzysz i zaprosisz Go a będziesz zdziwiony Jego realnością i zaskoczony tym co otrzymasz - ogromem miłości i pokoju i radości. 

tak pomyślałem, że dodam jeszcze bo.... już tyle razy różne pytania padały w stylu a co to za religia a czy św. Jehowy jesteś a czy ta sekta to .... itd itd. więc chcę wyjaśnić, że nie namawiam nikogo do wstąpienia do jakiejkolwiek organizacji religijnej czy jakiegoś kościoła. To nie ma znaczenia czy jesteś katolikiem, czy protestantem czy prawosławnym czy kimkolwiek innym. Możesz sobie należeć do kościoła jakiego chcesz. To o czym mówię jest relacją i nawiązuje się ją osobiście z Bogiem który przyszedł w ciele na świat. Po zmartwychwstaniu jest żywy i chce mieć z Tobą relację. Zapłacił za Twoje życie niezależne od Niego i chce Ciebie poprowadzić. Gdziekolwiek jesteś, gdziekolwiek chodzisz na nabożeństwa czy też nigdzie nie chodzisz to nie ma znaczenia ale znaczenie ma to czy się na nowo narodziłeś powierzając swoje życie żywemu Jezusowi. W Ew. Jana 3,1-6. jest o tym mowa. Warto zastanowić się czy się te nowe narodziny przeżyło bo jest to kluczowa sprawa w zbawieniu i przyjęciu Bożego przebaczenia. Zapewniam Ciebie kimkolwiek jesteś, że jeśli masz wątpliwości czy przeżyłeś te nowe narodziny to na pewno się to nie stało w Twoim życiu jeszcze. Nie znam nikogo kto by się narodził na nowo i nie wiedział o tym. Dzieje się to po przyjęciu przebaczenia od Jezusa i powierzenia mu wszystkiego, całego swojego życia. Wtedy dopiero On ma pełne prawo do Ciebie. W momencie w którym decydujesz się zejść z tronu w swoim życiu i oddać go Jezusowi. Pozwalając kierować jak On chce Tobą. Wtedy dostajesz Ducha Świętego i tylko wtedy. Pan Jezus mówił: " Kto bowiem chce zachować duszę swoją, straci ją, kto zaś straci duszę swoją dla mnie, ten ją zyska" Ew. Łukasza 9; 24. i Nie da się inaczej otrzymać Ducha Świętego. Nie można otrzymać go przez jakieś rytuały czy sakramenty, czy w jakikolwiek inny sposób. Tylko powierzając swoje życie w 100% Bogu. Wtedy Pan obiecuje że tak się stanie. i nikt tego nie żałuje bo zaczyna się wtedy cudowne życie z Bogiem na co dzień :-). Nie znam nikogo kto podjąłby taką decyzję i tego żałował :-) i jestem pewien, że takich ludzi po prostu nie ma :-) tego nie można żałować. OK tyle tytułem wyjaśnienia czy należę do sekty jakiejś :-) i będę się modlił o to nowe życie dla Ciebie …..

 
------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
------------------------------------------------------------------------------------------------------------------


ENGLISH VERSION


------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
------------------------------------------------------------------------------------------------------------------


Saturday 19th February 2011Letter that I wrote to Henio :-) my mother's friend from my childhood times. He spoke to me after 27 years with question how is it going so I described him events from almost all of the last year. That's when this happened that made me as I am now. The letter itself provoked me to create this blog. Maybe someone will get something out from it for himself.



----------------------------------------------------------------


Hi. I'm glad of establishing contact too. And I’m going to tell You how is it going if You are so curious... but it's going to be very long :-) and I have to straighten up some things at first. Despite of really short moments in my life when such thought as I can willingly give up this constant every day journey around the earth’s  axis, I have never thought about giving up, breaking, ending my life seriously, just as You probably were thinking. The thing I witnessed was out of my will. That’s what is also happening sometimes, furthermore I might say it's going to happen with everyone at the end whether wanted or not  :-)
So, I was struggling with my health problems, which I really didn't want at the time (playing was about to get going, newly published record with good press, development prospects and so-called fulfilment in doing what you like to do – as You mentioned in the e-mail) those came out to be terminal I mean the doctors tapped their heads saying I was a hypochondriac as it usually is when someone suffers difficult to treat and diagnose (as it is common in our country:-))diseases because if I had what I say I had, I should long be lying in ICU or in the "other side", or those ones who believed in diagnoses and in my body's actual state spread their arms helplessly saying quote: "I really do not know what to do with all the wild life bred in your blood" :-) he-he
whatever. I wrote earlier that I struggled over a year or two with a real serious conditions (because the sickness developed earlier but I didn’t care about lesser symptoms :-)) I wasn't concerned about what's going on as far as I was young and able to function :-))) but when it struck me there was nothing really left :-). Surely You will be curious what exactly, so I will tell You that the stage was final: neuroboreliosis, aspergillosis (the brain surely affected), system candidasis (alive candida crusei in blood) and many more cool stuff in my veins. Ticks – these I caught many times during my childhood vacation :-) so it grew inside me for a long time – I'm sure. It's not important now. The effect was when it struck for good (continuous brain enflames) I tried to cure myself in many ways, unfortunately that helped only for a moment or simply didn't helped and later on it was only worse. I treated one and the other grew on this. So it became clear that there's no help in rational treatment. Doctors chickened out. My lonely efforts in searching other sick people's experiences also failed, even bioenergetics was on my board, so it came clear I'm not going to pull for long. I had two real meetings with death. I felt this is the end and I let it to happen, I waited for it (luckily it didn't happen). I was with Sonia after 6 year relationship. She was terrified. So, as soon as I started to wonder is it going to be a month, week or half a year and in top of that not very comfortable, I remember maybe I'll go somewhere to sin in a spot of some force so it's going to put me back on feet :-) (I read about chakras once) and even some theory I found saying that the one is in the Poznan cathedral so I went there . That was an occult idea. I sat close to the altar hoping that's the place :-) So I was seating there feeling a little absurdly. It wasn’t only the case that I was in the church, but some guy sitting close to the altar and consuming force. he-he. I didn't feel anything special, neither improvement nor a meaning of my doing, so heading to the exit I looked spontaneously up (that's the church, you know:-)) God help me because I'm dying and suffering here.
And so the changes had begun that I mentioned before. And so forth beginning a part of my story that is less interesting for you. Though I hope it isn't.
But let's be precise. I have never been a religious person (and I still can't say that I am) by the way You remember my mum. She was closer to the meditation and the Buddha, Zen than to thinking about Good The Creator. I grew in such home and I had the same perspective through my whole life. I even (back to thinking about death) was saying it was going to be the most beautiful moment in my life. I didn't think that because I wanted this way but I thought it was going to be a relief, a disposal of corporality and my burden would end. Life seems to be a wonderful but hard experience :-). But when in the age of 33 you're confronting the thought you’re going to end this journey you start to think. What’s next? Is there anything out there. I was really convinced already... Do You remember Renata? She drown in Dębki and was dead for couple of minutes. Luckily some doctor reanimated her – she managed to come back to life... and she told us there was so beautiful on the other side and she didn't wanted to go back. So I lived with conviction that there is a life, there is beautiful and there's OK. As I mentioned when it's coming you start being frightened. So that day after cathedral when me and Sonia were sitting and talking, I started to think that there's nothing out there. Everything indicates that I'm dying as that's the end. Emptiness. I'm disappearing. That is all good-bye Winetou. I got really scared. I just knew that I did not want that yet. I ran to professor Google and I typed "Clinical Death" Link sprung up redirecting to the story told by Howard Storm about his near death experience. I'll put that link at the end if anybody wants to read.
The guy experienced incredible stories on the other side. I won’t tell You everything. Anyway I've read those kind of stories many times and they didn't make any impression on me but this time I felt strange. First of all I started to shake, then I was sure that everything I read is true – not for him only but real objective truth – things he had experienced were true, at last he in the end met with angels and Jesus, which spoke to him telling "I want to talk about your life" and so the whole life displays. From different perspective than he has seen it by his own eyes before. It came out that all his achievements and successes were not important, but important is if he was treating others with love. It also came out that his life was a misery, except for a small incident when he hugged his sick sister. It was the biggest triumph of his life. 
When I finished reading I felt strange, I was shaking all the time and I experienced my whole life again too. Suddenly I saw it with details I have long forgotten (in a split of a second – it's just difficult to explain) and from different perspective. I realized there was no love in me and I was selfish, shortly speaking I wasted 33 years of my life. I truly felt bad with myself. And I didn't really realized what happened... I just knew that there was a God that came and showed me where the problem was. Why I was sick and what was going to happen when I died then. I knew that if I died then I wouldn't be with God in the other side. I wouldn't be in someplace nice. So there goes another horror, bat also a joy from meeting with God. 
He has shown me how he would want me to love others and ... him :-) in following three days I was ensured  that it was not an illusion, that there was God. Sonia witnessed, after my enlightenment I printed 8 pages of Howard Storm and gave her to read. I thought it was going to be a shock for her but it was not. But she was a witness and a tool in God's hands during those three days. Next day morning – I remember – I woke up frightened and cheerful at the same time (which was strange) I knew that there was God, he answered prays ( this cathedral moment was a prayer:-)) so I prayed for guidance what to do to fix this damaged life. On during making  dinner when Sonia put a bread board onto a kitchen grate and cut something there. The board stuck and after that it looked like this:







Those were the days when me and Sonia felt God's presence in our home. And I think Sonia despite she never experienced the same as me, she witnessed it all.
Since then for over two months I tried to fix my own life. I started volunteer work. Despite my health condition :-) and I started going to the Dominican Order church in Poznan to Masses. That because I thought I could get close to God. So after two months I realised I was moving from what I experienced. I was moving away from God and I was trying to fix myself on my own which was progressing very bad. There was no love as before. I could have only pretended. Become nicer, try to see people in better light etc but I just failed trying.
Then another miracle came. I felt real hunger for the New Testament. I swallowed it once, the second and so on ... and I stumbled upon  www.szukajacboga.com 
(eng. ver. http://peacewithgod.jesus.net/)  where in kitschy style – but that didn't matter – the content was important – black on white was written the gospel's message..
The effect is I gave my life in God's hands. I gave my life to Jesus - despite how kitschy it sounds. I have learned That God created a man to live in unity with him. That man was mistaken choosing for his life a path of independence, on his own. This is the sin according to the Bible. That sin broke the established unity so we didn't experience neither God's plan nor his love. I realised that what happened around 2000 years ago was not a fairy tale and what Jesus spoke about himself was also true. For my 33 years he has received punishment (which should have been mine). He died for me and resurrected. No one using his effort and good life could work for his own salvation. That's why Jesus surrendered himself from love to us suffering punishment for my sins. It's not enough just to know about that but I should answer to that by giving all of my matters to Him. Considering him as a personal saviour and Lord. Confide in Him, establishing lost relation at the same time. That's the only way to go to God on the other side. If man doesn’t establish this alive true relation here, there is going to be late on that other side. I have yielded, asked for forgiveness for my life despite his will, and asked to guide  me and shape me like He wants. And he did that. He came and he cured me. From sickness, from lack of  love. I was given a new life, new full heart.... but not constantly in need like before. Wanting and fulfilling it by art, music etc. Constant desire for – I didn't even know. Now I know it was untold desire for God. Everybody needs Him and by accepting him we are getting a new life with full fleshy heart. 
Love - as You said before – without God is specific way of manipulating man's hormones. 
Anyway this first meeting with God happened in March, two months later I gave my life to Jesus, the moment later I quit my medications. When I quit them, my condition worsened – now it is February and I function completely normal. In fact, it's not full recovery but I my nightmare ended a long time ago and I believe I'll be healthy in 100 percent soon :-)
One more thing, Lord Jesus is not distant. He is very real and guides me every day. I can feel it sometimes harder sometime less but it surely is. To Experience God's love is beyond imagination. All concerts, art excitements or everything man could imagine is nothing in comparison to what we get from Him. God loves everyone despite what man did. It is up to us only if we accept this love, if we want to live in unity with Him or independently... which ends tragically... first of all in eternal meaning. 

Link to the Howard Storm testimony I mentioned:

http://forum.i-doser.pl/viewtopic.php?t=839

p. s. Last addendum;-) - Everyone meets its eternity whether he wants it or not. Putting this topic on a shelf and not confirming it is at least reckless. It can be confirmed anyway. And I wish You all to give it a try...




4 komentarze:

  1. Masz cudowną historię nawrócenia. Chociaż chyba każda jest na swój sposób cudowna - bo to przecież cud - szczególnie dla tego, kto to przeżył! :) Zawsze się tak mocno cieszę gdy słyszę i widzę takie rzeczy. Tak jest też tym razem :) Nasz Pan jest wielki!

    Zastanawiam się czym jeszcze Bóg mnie zaskoczy, a zaskakuje codziennie (wbrew pozorom wiara nie jest nuda ;P) Normalnie nie mogę się nadziwić Jego pomysłowości po tym jak zobaczyłam zdjęcie tej deski!
    Pozdrawiam w Panu :) Mów o tym co Cię spotkało, bo Twoją historią Bóg może się posłużyć jeszcze wobec nie jednej osoby.

    Magda

    OdpowiedzUsuń
  2. zgadza się....ja teraz też mam wielka radochę widząc jak Pan wkracza w życie i zmienia ludzi...to chyba największa radocha dla wierzących :-) szczególnie jeszcze jak można mieć w tym udział :-) aaaa deseczka :-) no cóż ... faktycznie pomysłowy i zaskakujący jest czasem sposób docierania do ludzi :-)
    ja również pozdrawiam serdecznie i dzieki :-)
    Seb
    <><

    OdpowiedzUsuń
  3. Cieszę się, że Pan Bóg tak pięknie zadziałał w Twoim życiu. Dzięki za podzielenie się tą historią! Niech Pan Bóg Cię dalej prowadzi, pozdrawiam serdecznie! :)

    OdpowiedzUsuń
  4. dzięki. I Chwała Panu...i błogosławieństwa w drugą stronę śle tez :-)
    pozdrawiam
    Sebastian
    <><

    OdpowiedzUsuń