poniedziałek, 12 stycznia 2015

Spotkanie z Bogiem ...

Poznań 2011

Cześć. Też się cieszę z nawiązanego kontaktu. I opowiem Ci teraz, co u mnie, skoro jesteś ciekaw, ale... to będzie bardzo długie :-) Od razu też muszę sprostować - pomijając naprawdę krótkie chwile w moim życiu, gdzie myśl takowa (tzn. że mogę sobie z własnej woli podarować już tę ciągłą, codzienną podroż wokół osi ziemi) przemknęła mi przez głowę, nigdy nie myślałem o przerwaniu, skróceniu, zakończeniu życia poważnie. To, co mnie spotkało, nie było zależne od mojej woli. Tak się też zdarza, a nawet powiedziałbym, że każdemu się to zdarzy w wymiarze ostatecznym, czy tego chce, czy nie.


No więc borykałem się z problemami zdrowotnymi (których naprawdę nie chciałem akurat wtedy, bo rozkręcające się granie, świeżo wydana płyta z dobrymi recenzjami, perspektywy rozwoju i tzw. spełnienia się w tym, co się lubi robić), a przybrały one postać właśnie ostateczną, tzn. lekarze albo stukali się po głowach, że hipochondryk (jak to często bywa, gdy ktoś choruje na trudne w leczeniu i diagnostyce schorzenia - szczególnie w naszym kraju :-)), bo z tym, co twierdzę, że mi jest, to powinienem być na OIOM-ie lub raczej już po tamtej stronie, albo ci, którzy wierzyli w badania, które miałem porobione i w stan faktyczny mojego organizmu, rozkładali ręce i – cytuję: „Z takim zwierzyńcem we krwi wyhodowanym nie wiem, co zrobić” - he, he !
No nic. Napisałem wcześniej, że walczyłem przez ponad rok, może dwa, z bardzo ostrymi stanami (bo choroba rozwijała się dużo wcześniej, tylko miałem drobniejsze objawy w pompie :-), nie zastanawiałem się za bardzo, co się dzieje, skoro mogę funkcjonować i młody jestem :-))), a jak łupnęło, to już nie było co zbierać :-). Pewnie będziesz ciekaw, co dokładnie, więc tylko powiem, jaki był finalny stan: ostra neuroborelioza, aspergiloza (mózg raczej zajęty), kandydoza układowa (stwierdzone np. żywe Candida krusei we krwi) i parę innych fajnych żyjątek w żyłach. Kleszcze od dzieciństwa po kilka w wakacje łapałem :-), więc to się rozwijało od dawna na pewno. No, nieważne to już jest teraz. Efekt był taki, że jak w końcu łupnęło na ostro (ciągłe stany zapalne mózgu), to leczyłem się wszelkimi możliwymi sposobami, które niestety pomagały zwykle na chwilę albo w ogóle, a później było jeszcze gorzej, bo leczyłem jedno, a drugie się tym leczeniem pasło i tak w kółko. Stało się jasne w pewnym momencie, że dla mnie już nie ma ratunku w racjonalnych metodach (lekarze wymiękli, a moje samotne próby szukania doświadczeń innych chorych też zawiodły, nawet bioenergoterapeuci itp. byli na tapecie), że już długo nie pociągnę. Miałem dwa chyba spotkania ze śmiercią faktycznie. Czułem, że to już koniec i pozwoliłem na to, czekałem, ale - całe szczęście - tak się nie stało. Byłem wtedy z Sonią po 7 latach związku. Była przerażona. Jak już zacząłem się zastanawiać, czy to miesiąc, tydzień, czy pół roku może mi zostało (i to jeszcze mało komfortowego życia), pamiętam, że wymyśliłem sobie, że może jeszcze w jakimś miejscu mocy posiedzę, to mnie choć trochę na nogi postawi (naczytałem się o czakramach kiedyś i nawet jakąś teorię znalazłem, że w mieście w którym mieszkam w katedrze jest takowy, więc się tam udałem). Teraz już wiem, że był to okultystyczny pomysł. Posiedziałem najbliżej ołtarza, jak się dało, bo wydawało mi się, że pod ołtarzem takie miejsca są :-)) No więc siedząc tam czułem się niedorzecznie troszkę. Nie dość, że w kościele, to jakiś koleś siedzi niedaleko ołtarza i chłonie moc – he, he. Nic specjalnie nie czułem (ani poprawy, ani sensowności moich poczynań, więc zbierając się do wyjścia rzuciłem od niechcenia jeszcze w górę (bo kościół w końcu :-)): „Boże, jeśli jesteś, pomóż, bo umieram i cierpię”.
I tutaj się zaczynają zmiany, o których pisałem. Ale do rzeczy. Nigdy nie byłem religijną osobą (i do tej pory za taką siebie nie uważam), zresztą pamiętasz moją mamę - bliżej jej było medytacji, buddyzmu i zen niż myślenia o tzw. Stwórcy. W takim domu wzrastałem i sam podobne poglądy przez całe życie miałem. Nawet (wracając do myślenia o śmierci) twierdziłem, że będzie ona najpiękniejszym momentem w życiu. Nie twierdziłem tak, bo chciałem jej, ale myślałem, że będzie wytchnieniem, pozbyciem się cielesności i skończy się to, co ciąży. Życie jawiło mi się jako cudowne, ale dość ciężkie raczej doświadczenie :-). No, ale w sytuacji, kiedy w wieku 33 lat konfrontujesz się z możliwością zakończenia „podróży”, zaczynasz się zastanawiać: Co i jak? Co dalej ? Czy coś dalej w ogóle jest? Właściwie do tej opcji, że coś jest, byłem przekonany... Pamiętasz Renatę, siostrę mojej mamy? Ona się utopiła w Dębkach kiedyś i kilka minut była martwa. Na szczęście jakaś lekarka na plaży się znalazła i reanimowała ją, udało się, wróciła i.... mówiła, że po tamtej stronie jest tak pięknie, że nie chciała wracać tutaj. Żyłem z takim przeświadczeniem, że „tam” jest życie, że jest pięknie i na pewno będzie si. Bo jak by co, przecież jestem dobrym człowiekiem. No, ale jak już wspomniałem, kiedy wiesz, że się to zbliża, strach jest. Tego dnia po katedrze, kiedy wieczorem z Sonią siedzieliśmy i gadaliśmy, mnie ogarnęła myśl, że tam może nic nie być, że teraz umieram, bo na to wszystko wskazuje i... koniec. Pustka. Znikam. Tyle, do widzenia, Winnetou. I przeraziło mnie to. Wiedziałem jedynie, że jeszcze w takim razie nie chcę. Pobiegłem do prof. Googla :-) wklepać hasło „śmierć kliniczna”. Wyskoczył mi link do opowieści o przeżytej śmierci klinicznej przez pana, który się nazywa Howard Storm - jakbyś chciał przeczytać: http://forum.i-doser.pl/viewtopic.php?t=839
Facet doświadczył niesamowitych historii po tamtej stronie. Nie będę opowiadał Ci wszystkiego. W każdym razie sam wiele razy podobne teksty czytałem i nie robiły na mnie wrażenia, a tym razem dziwnie się czułem czytając. Po pierwsze w trakcie czytania dziwnie się trząść zacząłem, po drugie byłem absolutnie pewien, że to, co czytam, jest prawdą ( nie tylko dla niego, ale obiektywną – to, czego doświadczył, jest prawdziwe), po trzecie na końcu on „tam” spotyka się z aniołami i z Jezusem, który w pewnym momencie zwraca się do niego i mówi: „Chciałbym porozmawiać o twoim życiu” i w tym samym momencie zostaje mu ono wyświetlone, ale z zupełnie innej perspektywy niż on je widział wcześniej. Okazało się, że wszystkie jego osiągnięcia i sukcesy są mało ważne, ale ważne jest to, czy kierował się w traktowaniu innych ludzi miłością. Okazało się też, że w związku z tym jego życie jest jedną wielką porażką, poza jakimś drobnym incydentem z siostrą, którą kiedyś przytulił, jak była chora - to był największy triumf jego życia.

Jak skończyłem czytać, czułem się już dość dziwnie, cały czas trząsłem się i zostało mi też momentalnie wyświetlone moje życie. Nagle. Ni z gruchy ni z pietruchy zobaczyłem je ze szczegółami, o których dawno zapomniałem (w ułamku sekundy – trudno to wytłumaczyć), w zupełnie innym świetle niż myślałem, że jest. Okazało się tak samo, że we mnie miłości nie ma. Że jestem samolubem i kierowałem się tylko egoistycznymi pobudkami. Krótko mówiąc spaprałem 33 lata życia. Naprawdę poczułem się szmatławo sam ze sobą. I nie do końca rozumiałem, co się stało... Jednego byłem pewien, że to był Bóg, że przyszedł do mnie i pokazał mi, gdzie leży kłopot - czemu jestem chory i co się stanie, jeśli teraz umrę. Wiedziałem, że jeśli teraz kipnę, po tamtej stronie z Bogiem mnie nie będzie. I nie trafię do fajnego miejsca. Więc kolejne przerażenie, ale też radocha, bo spotkałem się z Bogiem. Pokazał mi, jak chciałby, żebym kochał ludzi i…. Jego :-) Przez trzy dni kolejne dostawałem mocne zapewnienia, że mi się nie przewidziało, że to był Bóg. Sonia była świadkiem. Zaraz po moim olśnieniu wydrukowałem te 8 stron Howarda Storma i dałem jej do przeczytania. Myślałem, że nią też wstrząśnie. A tu nic :-) Ale była świadkiem i też narzędziem Boga w tych trzech dniach. Rano następnego dnia pamiętam, że wstałem i z przerażoną radochą (dziwny stan) wiedziałem już, że jest Bóg, że odpowiada na modlitwy (w końcu to od niechcenia w katedrze było modlitwą :-)) i pomodliłem się, żeby mi pokazał, co mam zrobić, żeby naprawić to spaprane życie. Wieczorem robiliśmy kolacje i Sonia położyła deseczkę do krojenia chleba na rusztach kuchenki i coś tam kroiła, deseczka się przykleiła i po odklejeniu wyglądała tak:



Były to dni, w których mocno czułem obecność Bożą w domu i myślę, że Sonia też, mimo że nie doświadczyła tego, co ja. Widziała, była świadkiem tych wszystkich wydarzeń.
Od tej pory przez dwa miesiące starałem się sam naprawiać swoje życie. Zostałem wolontariuszem. Mimo stanu zdrowia :-) zacząłem chodzić do kościoła dominikanów na msze. Bo tak myślałem, że do Boga się zbliżę. I tak po dwóch miesiącach dotarło do mnie, że niestety oddalam się od tego, co przeżyłem. Oddalam się od Boga i próbuje sam siebie naprawić, co marnie mi idzie. Miłości jak nie było, tak nie ma. Mogę jedynie udawać, starać się być milszym, starać się widzieć ludzi w pozytywnym świetle itd., ale to tylko starania nieudolne. Wtedy stał się kolejny cud, a mianowicie dostałem totalnego ssania, nienaturalnego, z góry - na Nowy Testament. Połknąłem go raz, drugi i… trafiłem w tym samym czasie na portal www.szukajacboga.com (ang. wersja http://peacewithgod.jesus.net/) - tam w dość kiczowaty sposób, ale treść jest ważna, zostało czarno na białym pokazane przesłanie ewangelii.
Efekt jest taki, że oddałem swoje życie w ręce Boga. Oddałem życie Jezusowi, jakkolwiek to brzmi. Dowiedziałem się, że Bóg stworzył człowieka do życia w jedności z Nim. ( tutaj sparafrazuje słowa z tekstu o czterech prawach życia duchowego, bo to co tam jest napisane zmieniło moje życie więc żeby dobrze zrozumieć o co chodzi postaram się prawie tak samo napisać - jest po prostu bardzo logiczne) Że człowiek zbłądził wybierając dla swego życia ścieżkę niezależną ... po swojemu. Ten przejaw samowoli i buntu wobec Boga właśnie jest według Biblii grzechem. No i ten grzech przerwał ustanowioną więź, dlatego też Bożego planu i Jego miłości nie doświadczamy. Dotarło do mnie, że to, co się stało te 2000 z kawałkiem lat temu, nie jest bajką i to, co Jezus mówił o sobie, jest prawdą. I za te moje 33 lata życia niezależnie od Niego już On poniósł karę (która mi się należała). Zmarł za nie i zmartwychwstał. Nikt nie jest w stanie własnymi wysiłkami i dobrym życiem zapracować na zbawienie, dlatego Jezus oddał siebie z miłości do nas (z miłości do mnie) ponosząc za moje grzechy karę - nie wystarczy o tym wiedzieć intelektualnie, ale powinienem na to odpowiedzieć oddając swoje życie, wszystkie sprawy, w Jego ręce, uznając tym samym Jego za osobistego Zbawiciela i Pana, powierzyć mu siebie, nawiązując tym samym tę utraconą relację. To jedyny sposób, żeby po tamtej stronie do Boga trafić. Jeśli tutaj nie nawiążę tej relacji (żywej, prawdziwej), to po tamtej stronie będzie za późno. Ukorzyłem się, przeprosiłem za życie niezależne od Jego woli i poprosiłem o to, żeby mnie poprowadził i zmienił na taki obraz, jaki chce. I On to zrobił. Przyszedł i leczy mnie. Z każdej sprawy. Z choroby, z tego braku miłości. Dostałem nowe życie, nowe serce – pełne, a nie ciągle pragnące, jak wcześniej (pragnące i wypełniające te pragnienia sztuką, muzyką itd., ciągłe ssanie na nie wiadomo co). Teraz już wiem, że to było nieuświadomione ssanie Boga. Każdy Go potrzebuje. I przyjmując Go dostajemy nowe życie z pełnym, mięsistym sercem. Bez Boga miłość jest faktycznie - jak to nazwałeś - specyficznym sposobem manipulowania hormonami. 
W każdym razie wydarzyło się to pierwsze spotkanie z Bogiem w marcu, a dwa miesiące później oddałem Jezusowi swoje życie i chwilę później odstawiłem wszystkie leki. Wcześniej, jak odstawiałem, było pogorszenie szybko, a teraz jest luty i funkcjonuję zupełnie normalnie. Wprawdzie do pełnego uzdrowienia jeszcze trochę brakuje, ale mój koszmar chorobowy dawno temu się skończył i wierzę, że niedługo będę zdrowy w 100 procentach :-)
Jeszcze tylko dodam, że Pan Jezus nie jest jakiś odległy. Jest bardzo realny i prowadzi mnie każdego dnia. Czasem mocniej, a czasem mniej to się odczuwa, ale tak jest. I doświadczenie miłości Bożej przechodzi ludzkie poznanie. Wszystkie koncerty, uniesienia w sztuce, czy cokolwiek sobie można wyobrazić, jest niczym w porównaniu z tym, co otrzymujemy od Niego. Bóg kocha każdego niezależnie od tego, co zrobił. Jedynie od nas zależy, czy tę miłość przyjmiemy, czy chcemy żyć w jedności z Nim, czy dalej niezależnie (co się niestety kończy tragicznie, przede wszystkim w wymiarze wiecznym). 


P.S. Dodatek ostatni ;-) - Każdy z tą wiecznością się spotka, czy tego chce, czy nie .......
tak pomyślałem, że dodam jeszcze bo.... już tyle razy różne pytania padały w stylu a co to za religia a czy św. Jehowy jesteś a czy ta sekta to .... itd itd. więc chcę wyjaśnić, że nie namawiam nikogo do wstąpienia do jakiejkolwiek organizacji religijnej czy jakiegoś kościoła. To nie ma znaczenia czy jesteś katolikiem, czy protestantem czy prawosławnym czy kimkolwiek innym. Możesz sobie należeć do kościoła jakiego chcesz. To o czym mówię jest relacją i nawiązuje się ją osobiście z Bogiem który przyszedł w ciele na świat. Po zmartwychwstaniu jest żywy i chce mieć z Tobą relację. Zapłacił za Twoje życie niezależne od Niego i chce Ciebie poprowadzić. Gdziekolwiek jesteś, gdziekolwiek chodzisz na nabożeństwa czy też nigdzie nie chodzisz to nie ma znaczenia ale znaczenie ma to czy się na nowo narodziłeś powierzając swoje życie żywemu Jezusowi. W Ew. Jana 3,1-6. jest o tym mowa. Warto zastanowić się czy się te nowe narodziny przeżyło bo jest to kluczowa sprawa w zbawieniu i przyjęciu Bożego przebaczenia. Zapewniam Ciebie kimkolwiek jesteś, że jeśli masz wątpliwości czy przeżyłeś te nowe narodziny to na pewno się to nie stało w Twoim życiu jeszcze. Nie znam nikogo kto by się narodził na nowo i nie wiedział o tym. Dzieje się to po przyjęciu przebaczenia od Jezusa i powierzeniu mu wszystkiego, całego swojego życia. Wtedy dopiero On ma pełne prawo do Ciebie. W momencie w którym decydujesz się zejść z tronu w swoim życiu i oddać go Jezusowi. Pozwalając kierować jak On chce Tobą. Wtedy dostajesz Ducha Świętego i tylko wtedy. Pan Jezus mówił: " Kto bowiem chce zachować duszę swoją, straci ją, kto zaś straci duszę swoją dla mnie, ten ją zyska" Ew. Łukasza 9; 24. i Nie da się inaczej otrzymać Ducha Świętego. Nie można otrzymać go przez jakieś rytuały czy sakramenty, czy w jakikolwiek inny sposób. Tylko powierzając swoje życie w 100% Bogu. Wtedy Pan obiecuje że tak się stanie. i nikt tego nie żałuje bo zaczyna się wtedy cudowne życie z Bogiem na co dzień :-). Nie znam nikogo kto podjąłby taką decyzję i tego żałował :-) i jestem pewien, że takich ludzi po prostu nie ma :-) tego nie można żałować. OK tyle tytułem wyjaśnienia czy należę do sekty jakiejś :-) i będę się modlił o to nowe życie dla Ciebie …..

Pozdrawiam serdecznie 

Jeśli chciałbyś o tym pogadać albo otrzymać jakieś wsparcie pisz śmiało na sebastiangrzesiak777@gmail.com

--------------------------------------------------------

Kimkolwiek jesteś, jeśli jesteś poruszony moją historią wiedz, że to nie przypadek, że to czytasz i że to Bóg Ciebie dotyka i zaprasza do szukania Jego. On Ciebie kocha !!! i to nie puste słowa a prawda. Pan Bóg posłużyć się może wszystkim do pociągnięcia ludzi ku sobie. Jezus Ciebie kocha i chce Tobie objawić samego siebie i poprowadzić przez życie (w Ew. Jana jest napisane w rozdziale 14 wersecie 21 "...a kto mnie miłuje, tego też będzie miłował mój Ojciec i Ja miłować go będę, i objawię mu samego siebie..." to słowa Pana Jezusa i dalej w tej samej Ewangelii ten sam rozdział i werset 23 "... Ojciec mój umiłuje go, i do niego przyjdziemy, i u niego zamieszkamy."). Wystarczy, że w to uwierzysz i zaprosisz Go a będziesz zdziwiony Jego realnością i zaskoczony tym co otrzymasz - ogromem miłości i pokoju i radości. 


Sebastian


niedziela, 19 stycznia 2014

spotkanie odmieniające życie ....

Cześć :-) Mam na imię Sebastian. Chcę podzielić się z Tobą historią która wydarzyła się kilka lat temu w moim życiu. Zmiany, które wtedy zaszły sprawiły, że jestem, kim jestem teraz. Były one spowodowane mocnym i nie dającym się zlekceważyć spotkaniem z Panem Bogiem, spotkaniem z żywym Jezusem.


Może zacznę od tego, kim byłem i co robiłem, zanim poznałem Pana Boga. 
Wychowałem się w domu, w którym o Bogu nie mówiło się właściwie w ogóle. Nie czułem też potrzeby uczestniczenia w mszach czy chodzenia do kościoła. Moja mama zakładała istnienie stwórcy, ale nie do końca sprecyzowanego :-) Było jej blisko do wschodnich filozofii, buddyzmu, Zen, medytacji. Uważała, że właśnie to jest droga, która prowadzi do relacji z tzw. bogiem. Ja sam przejąłem te poglądy. Wierzyłem 
w istnienie jakiegoś stwórcy, czegoś, jakiejś energii, która kontroluje to wszystko dookoła nas, ale nie przyszło mi nigdy przez myśl aby poważnie Go poszukać. Wydawało mi się, że kluczem do właściwie przeżytego życia jest tzw. bycie dobrym człowiekiem. Starałem się nikomu nie wyrządzać krzywdy, być miłym i uczynnym na tyle na ile potrafiłem :-) 
W taki sposób, przeżyłem większość swojego życia. Studiowałem na Akademii Sztuk Pięknych w Poznaniu. Sztuka była ważna w moim życiu, choć czułem się pod ciągłą presją, aby tworzyć fajne prace i być cenionym przez innych. W zasadzie tak było, ale stres z tym związany był mocno obciążający do czasu, aż zacząłem poważniej zajmować się muzyką. Zawsze była ważna dla mnie. Wiele lat grałem na gitarach, moi rodzice są muzykami, więc prawdopodobnie po nich jakiś spadek talentu otrzymałem ;-) Na studiach zacząłem grać na perkusji. Po jakimś czasie doszedłem do wniosku, że to jest to co chcę w życiu robić, więc przerwałem studia i skupiłem się na graniu. Z kilku zespołów, w których się udzielałem, jeden zaczął rokować jakąś przyszłość :-) Razem z przyjacielem stworzyliśmy dość osobliwe trio jazzowe. Szybko wydaliśmy płytę, która otrzymywała dość pozytywne recenzje. Wyglądało na to, że jest szansa, aby robić to, co się lubi z jakimś sukcesem. Wszystko pewnie by tak się potoczyło, gdyby nie fakt, że u mnie od dłuższego czasu rozwijały się różne problemy zdrowotne. Od problemów z jelitami i żołądkiem przez powiększone węzły chłonne w całym ciele aż do mocnych problemów neurologicznych w końcowym okresie. Kiedy wydawaliśmy płytę, wiedziałem już, że sobie nie pogram zbyt długo. Od jakiegoś czasu mój stan zdrowia był na tyle poważny, że nie wiedziałem, czy w ogóle będę w stanie jakkolwiek funkcjonować. Po wielu wcześniejszych latach próby odkrycia, co mi jest ( bo lekarze zbywali mnie twierdząc, że mi się wydaje albo wymyśliłem sobie ), zrobiłem badania na boreliozę. Wyniki były pozytywne. Potem po rozwijającej się sytuacji zdałem sobie sprawę, że to nie tylko to ale również muszą być inne choroby. I tak było. Okazało się w końcowym okresie, że mam również między innymi zaawansowaną kandydozę układową, dokładnie żywe candida crusei we krwi… to taki rodzaj grzyba, który jest właściwie zupełnie oporny na leczenie i rozwijający się, szczególnie tak jak u mnie we krwi, prowadzi do śmierci. Lekarze natomiast albo twierdzili że to nieprawda albo rozkładali ręce mówiąc „z takim zwierzyńcem we krwi nie wiem co zrobić”. Próbowałem leczyć się wszelkimi możliwymi środkami. Zjeździłem Polskę w poszukiwaniu lekarza który by mógł pomóc. Kiedy okazało się, że standardowo nie mogłem się leczyć, bo antybiotyki na boreliozę powodowały wzrost kandydozy, która i tak już była w bardzo ostrym stadium, a nieleczona borelioza też rozwijała się szybko, zdałem sobie sprawę, że nie ma dla mnie przy „racjonalnych” metodach, możliwości ratunku. Próbowałem alternatywnych metod. Człowiek, któremu zaczyna świtać, że być może jego życie się kończy łapie się wszystkich możliwości. Ostatni okres to rok z kawałkiem przeżyty w bardzo trudnym do wytrzymania stanie. Cyklicznie powtarzające się stany przypominające ostre zapalenie mózgu z częstotliwością coraz większą. Kilka razy przeżyłem stan, w którym byłem pewien, że za chwilę moje życie się skończy. Oczekiwałem śmierci. Wiedziałem, że się zbliża szybko, pytanie było tylko, ile jeszcze czasu zostało. Wiem, że może wydać się to dziwne ale całe życie wcześniej myślałem, że śmierć będzie najpiękniejszym momentem w życiu. Będzie takim wytchnieniem, pozbyciem się cielesności i problemów. Ale w momencie kiedy skonfrontowałem się z nią twarzą w twarz, nie byłem już taki pewien ;-) Nie byłem pewien, co jest po tamtej stronie i czy w ogóle coś jest. Szukając różnych metod leczenia wpadłem też na pomysł, żeby posiedzieć sobie może w jakimś miejscu mocy. Naczytałem się kiedyś o czakramach. Wyczytałem, że w moim mieście takie są i jeden z nich znajduje się ponoć w katedrze i postanowiłem tam się udać. Siedząc tam czułem się dość idiotycznie. Nie dość, że kościół to jeszcze próbuję napełnić się jakąś mocą nie wiadomo skąd. Więc zebrałem się po kilku minutach do wyjścia i przed wyjściem zdążyłem rzucić do góry ( bo w końcu to kościół ): „Boże jeśli jesteś ratuj bo umieram i cierpię!” I to jest moment w którym zaczyna się właściwa historia :-) To był drugi raz w moim życiu, kiedy zwróciłem się do Boga i drugi raz kiedy właściwie momentalnie Bóg odpowiedział. Przy pierwszym spotkaniu nie miałem wątpliwości, że to On, ale postanowiłem dalej iść przez życie po swojemu. Odwróciłem się na pięcie i zlekceważyłem to spotkanie. To było 17 lat wcześniej. Teraz, po tym kościele, wróciłem do domu i wieczorem pojawiła się myśl, która mnie troszkę przestraszyła, a mianowicie: „a co jeśli po tamtej stronie nie ma nic ? Umieram teraz i koniec !”. Taka wizja mi się nie podobała więc pobiegłem przestraszony do prof. Googla i wklepałem hasło „śmierć kliniczna”. Przeczytałem historię Howarda Storm'a, który właśnie to przeżył i opowiadał co się wydarzyło po tamtej stronie. Jeśli byś chciał przeczytać znajdziesz ją na moim blogu, tutaj: 
http://sebix-sg.blogspot.com/2011/06/
Czytając ten tekst zaczęły się dziać ze mną dziwne rzeczy. Po pierwsze, zacząłem się dziwnie trząść, po drugie byłem absolutnie pewien, że to, co czytam, jest prawdą, że ten człowiek przeżył to faktycznie 
i ostatecznie - po trzecie, stało się to samo co u niego po tamtej stronie. On tam po wielu perturbacjach spotyka się z Jezusem, który w pewnym momencie mówi mu: „...chciałbym porozmawiać o Twoim życiu.”  
i zostaje mu ono wyświetlone. Kiedy skończyłem czytać tekst, przeżyłem coś bardzo podobnego do niego. Ktoś przyszedł i w bardzo mocny sposób wyświetlił mi fragmenty z mojego życia, których dawno nie pamiętałem. Wyświetlone mi one zostały z kompletnie innej perspektywy, niż ja bym mógł je pamiętać. Zobaczyłem swoje życie z Bożego punktu widzenia, gdzie On zna zamiary mojego serca lepiej niż ja sam. 
I pokazane mi zostało, jak funkcjonowałem w różnych sytuacjach. Okazało się, że jestem ostatnim stadium samolubstwa. A jeśli robiłem coś dobrego, to i tak wynikało to z moich egoistycznych pobudek. Nie miałem w sobie w ogóle miłości. Nie potrafiłem jej wzbudzić i nie znałem jej tak naprawdę. Nie miałem wtedy żadnej wiedzy biblijnej ale byłem pewien, że ten, który mi to pokazuje, to Bóg – nie miałem co do tego najmniejszych wątpliwości i pokazuje mi jak powinienem kochać, że miłość powinna być motorem mojego życia, myślenia, działania i moich wyborów. Okazało się, że taki fajny, jak mi się wcześniej wydawało nie jestem.
Byłem wstrząśnięty. Bez wiedzy biblijnej wiedziałem, że jeśli teraz umrę, a wszystko na to wskazuje, wyląduję w piekle - miejscu gdzie Boga nie będzie, bo po prostu do Niego nie pasuję. A z drugiej strony wiedziałem już, że Bóg odpowiada na modlitwy, bo to co zrobiłem w kościele właśnie tym przecież było. Poszedłem dość przestraszony i zszokowany spać a następnego dnia rano powiedziałem: „Boże, pokaż mi 
w takim razie co mam zrobić, aby naprawić to moje spaprane życie, które jak do tej pory wyglądało zupełnie bez wartościowo. Chcę to naprawić!” Wieczorem tego samego dnia przy kolacji chciałem postawić czajnik 
z wodą na kuchence, leżała tam deseczka do krojenia chleba więc chciałem ją zdjąć - okazało się że się przykleiła do rusztów i po oderwaniu wyglądała tak:


To były trzy dni, w których bardzo mocno odczuwałem obecność Bożą w domu. Wiedziałem, że Bóg zapewnia mnie o tym, że mi się nie przewidziało i pokazuje mi, dlaczego jestem w takim stanie. Zobaczyłem krzyż na deseczce i stwierdziłem, że w takim razie muszę pójść do kościoła.  Zacząłem chodzić do dominikanów w moim mieście co niedzielę. Pierwsza była to akurat niedziela palmowa, byłem dotknięty. Co niedzielę byłem na mszy i na początku miałem wrażenie, że zbliża mnie to do tego, co przeżyłem. W tym samym czasie mimo stanu zdrowia zostałem wolontariuszem. Udało mi się dość szybko, bo jak się okazało to wcale nie jest takie proste. Zaopiekowałem się panią jeżdżącą na wózku inwalidzkim, którą mi przydzielono. 
Przez dwa miesiące próbowałem pokochać ludzi tak jak Bóg mi pokazał. Chodziłem po ulicach i próbowałem pokochać bezdomnych, pijaków itd. …. i nie potrafiłem. Nie chodziło o czyny ale o serce. I byłem trochę sfrustrowany bo nie byłem w stanie tak pokochać nikogo. Byłem milszy i bardziej uczynny, ale zmian w sercu nie było takich, jakie powinny być. Nie mogłem osiągnąć takiego stanu w sercu, jaki mi Pan Bóg pokazał. Zacząłem się po jakimś czasie do tego już przyzwyczajać i nawet złapałem się na takim myśleniu, że: „OK, był krzyż na deseczce, więc tak będę sobie chodził do tego kościoła i to wystarczy”. Ale coś mi nie grało. Wiedziałem, że tak naprawdę Panu Bogu nie do końca o to chodzi. To nie wszystko albo nawet w ogóle nie w tym rzecz. Wtedy stał się kolejny cud. To nie było ze mnie. Poczułem głód i potrzebę przeczytania Biblii. Zacząłem czytać Nowy Testament. I nie mogłem się już od niego oderwać. To było jak gorące pragnienie. Połknąłem go raz drugi. itd. Wiedziałem, że Bóg mówi: „… czytaj … to jest prawda!”. W tym samym czasie trafiłem na stronę www.szukajacboga.pl i tam po rejestracji w kursie na www.dlaczegoJezus.pl przydzielona mi osoba (teraz mój przyjaciel, Darek) pomogła mi zobaczyć co jest esencją ewangelii. O czym mówi Biblia i jak pogodzić się z Panem Bogiem. Nie musiał mnie nikt przekonywać, że mam problem z grzechem. 
Zobaczyłem, że to jest to co oddziela mnie od Boga. Bóg jest święty i pełen miłości, nie ma w Nim żadnej skazy i cienia. On ukochał człowieka, stworzył go na Swój obraz i podobieństwo. Stworzył Adama i Ewę do bliskiej relacji ze sobą. Na początku byli oni połączeni z Bogiem, byli w ciągłej więzi i bliskości, byli pełni miłości wzajemnej i wola Boża była ich wolą. Do czasu, aż postanowili iść po swojemu i zrobić coś czego Bóg zabronił. Zabronił z troski o nich. Powiedział: „ jak zjesz ten owoc na pewno umrzesz.” I człowiek to zrobił.  Czy padł trupem od razu ? Nie … ale zerwał więź z Bogiem i stracił z Nim jedność. Od tamtej pory każdy człowiek rodzi się oddzielony od Boga - jest to jak choroba dziedziczna. Biblia mówi, że karą za grzech jest śmierć. Chodzi tutaj właśnie o to zerwanie relacji z Bogiem … łączności ze źródłem życia. Człowiek nie może tej przepaści naprawić, relacji nawiązać o własnych siłach. Nie jest to możliwe. Grzech oddziela nas, czy tego chcemy czy nie, czy staramy się być dobrzy, czy nie. Problem cały czas jest. I to, co się stało około 2000 lat temu, jest prawdą. Bóg postanowił przyjść na świat jako człowiek. Przyjął postać swojego stworzenia. To był Jezus. Był zapowiadany przez proroków tysiąclecia przed Nim. Były zapowiadane przez nich cuda i znaki, jakich będzie dokonywał chodząc po ziemi i to wszystko wypełniło się w osobie Jezusa. To, co On mówił o sobie, też jest prawdą – mówił: „Ja i Ojciec jedno jesteśmy” - Ewangelia Jana 10; 30, „Ja jako światłość przyszedłem na świat, aby nie pozostał w ciemności nikt kto wierzy we mnie” Ew. Jana 12; 46. 
Przyszedł na świat po to, aby oddać życie za nas. Oddać życie za ludzi. Bo bez zapłaty za nasze życie 
w grzechu, po śmierci, będziemy musieli odpowiedzieć za każdą mikrosekundę naszego życia. Czego nikomu nie życzę. Bóg nie chce nikogo osądzić za grzechy bo każdy sprawiedliwie osądzony musiałby skończyć w piekle. A On nas kocha …. Jest napisane, że „...wszyscy zgrzeszyli i brak im chwały Bożej” List do Rzymian 3,23. Zrozumiałem, że ta zapłata Jezusa dla mnie będzie miała znaczenie dopiero wtedy kiedy ja na to osobiście odpowiem. Nie kiedy uwierzę, że On to zrobił ale kiedy osobiście się do tego odniosę. Kiedy uznam i uwierzę, że to ma znaczenie dla mnie. W 10 rozdziale Listu do Rzymian jest napisane: „Jeżeli więc ustami swoimi wyznasz, że Jezus jest Panem, i w sercu swoim uwierzysz, że Bóg Go wskrzesił 
z martwych - osiągniesz zbawienie. Bo sercem przyjęta wiara prowadzi do usprawiedliwienia, a wyznawanie jej ustami - do zbawienia.” Więc kiedy tak jak napisane, uwierzę, że On jest wskrzeszony z martwych, więc jest żywy teraz i wyznam ustami swoimi, że uznaję go Panem mojego życia - będę zbawiony. Wtedy zapłata na krzyżu będzie miała moc dla mnie, wszystkie moje grzechy, upadki i życie niezależne od Boga zostaną przebaczone. Biblia mówi, że kiedy to zrobisz, wtedy On przemieni Twoje życie i na nowo się narodzisz, kiedy Go zaprosisz jako tego który od tej pory ma rządzić Twoim życiem. Nie Ty sam, a On. W Ewangelii Jana 3,1-6 Pan Jezus mówi religijnej osobie, Nikodemowi, który prawdopodobnie rzetelnie wykonywał przykazania Boże, że aby mógł ujrzeć Królestwo Boże, musi się narodzić na nowo z Ducha. I ta decyzja właśnie jest momentem w którym człowiek rodzi się na nowo. Biblia mówi, że wtedy otrzymasz Ducha Świętego i On zacznie Ciebie prowadzić. Tak jak Adam z Ewą przed upadkiem możesz nawiązać znowu więź bliską z Bogiem. Kiedy dowiedziałem się tego wszystkiego, mimo że byłem bliski śmierci ( jak mi się wydawało ) miałem z tym problem. Tutaj upadła natura ludzkości wyszła na jaw. Nie miałem żadnych perspektyw poza Bogiem i tym, żeby zadbać o życie wieczne po śmierci a mimo to, kiedy zrozumiałem, czego Pan Jezus ode mnie oczekuje, abym był zbawiony, biłem się ze sobą. Nie było mi łatwo oddać wszystkie moje plany i ambicje Jemu. Miałem całą masę rzeczy z których nie chciałem rezygnować:  robienie muzyki, sztuka, może praca jakaś a może nawet pomaganie innym ….. ale po swojemu ;-)  Ale kiedy zrozumiałem, że Bóg jest jedyną osobą, której mogę zaufać w 100% i że On ma same dobre rzeczy dla mnie ( choć może inne niż ja bym sobie życzył ) i nigdy mnie nie zawiedzie bo kocha mnie jak swojego ukochanego syna … postanowiłem to zrobić. Spuściłem głowę i powiedziałem: „...weź moje życie i zrób z nim co chcesz. Oddaję Tobie wszystko. Chcę iść za Tobą … wybacz, że żyłem do tej pory tak jak ja chciałem, po swojemu. Od tej chwili chcę znać Twoją wolę i pełnić ją. Objawiaj mi siebie i prowadź. Amen” ….. I On to zrobił :-) Pamiętam, że zdaniem, które mnie ostatecznie przekonało do oddania Jezusowi życia, było zdanie Darka, które brzmiało: „znam mnóstwo osób, które oddały życie Wszechmogącemu i nie znam nikogo, kto by tego żałował”. I teraz mogę to jedynie potwierdzić :-)
Od razu zauważyłem, że miłość, o którą tak zabiegałem w sercu, nagle się pojawiła. Nie musiałem się starać. Po prostu czułem, jak Bóg kocha ludzi i miałem tę miłość w sobie. Nagle zniknęły z mojego słownictwa wulgaryzmy. Nie zapomnę jak spotkałem się ze znajomym, który mówił coś do mnie a jego  wulgarne słowa trafiały we mnie jak pociski. Pomyślałem sobie: „…  ooo chyba mi się system przeinstalował ;-)” bo sam wcześniej tak mówiłem. Zmieniły mi się priorytety. Chciałem poznawać mojego Boga coraz bardziej i On wlewał we mnie swoją miłość i pokój. Wypełnił mnie pokój i nieopisana radość.  Biblia choć już wcześniej ją chłonąłem, otwierała się bardziej przede mną. Pewnego dnia poczułem jak zostaję napełniony Duchem Świętym. To było niesamowite. Jak Bóg wlał we mnie kolejne pokłady radości i pokoju i miłości i zaczął do mnie mówić w modlitwie, dawać objawienia i prowadzić mocno. Pokazywał np. osoby którym mam o Nim opowiedzieć i prowadził w taki sposób rozmowy, że wiedziałem, że to nie ja mówię a Duch Święty we mnie. Muszę przyznać, że najważniejszą sprawą w moim życiu stało się oglądanie Bożych dzieł. Kiedy widzę, jak Bóg przemienia czyjeś życie, jest to największą radością dla mnie. Kiedy wpuści się Pana Jezusa do naszego życia, przyjmując Jego przebaczenie, zmiany które następują są trudne do opisania. Spotkanie z Jezusem żywym przemienia człowieka raz na zawsze. Oglądanie tego jest najpiękniejszym widokiem, jaki widziałem. Bóg wlewa swoją miłość w ludzi i zamienia ich kamienne serca 
w kochające. Każdy bez wyjątku jest stworzony przez Boga i każdy ma cel tu na ziemi. Nikt nie jest dziełem przypadku, czy jak niektórzy wierzą, wynikiem podziału komórek. Każdy jest zaplanowany, ukochany przez Boga i bezcenny, każdy ma jakiś przez Boga przygotowany plan na życie. Trzeba tylko przyjść do tego, który dał życie i dowiedzieć się, co dla mnie przygotował, znaleźć 100% spełnienia … i to zaczyna stawać się niesamowitą przygodą. Masz wtedy po swojej stronie Wszechmogącego, który czyni cuda i wspiera i działa cały czas. Widziałem już nie raz uzdrowienia i uwolnienia. Doświadczyłem prowadzenia  Bożego 
w sytuacjach gdzie po ludzku rzeczy nie powinny się stać a stawały się. Widziałem ludzi którzy z depresji nagle stawali się pełni nadziei, życia i radości. Widziałem i sam doświadczałem naprawdę niesamowitych rzeczy, o których mógłbym długo opowiadać … Jedno jest pewne, nie ma nic, co mogłoby się równać z bliską relacją z Panem Jezusem. Słyszałem takie zdanie, że chrześcijaństwo to taki styl życia, 
w którym trzeba rezygnować ze wszystkiego co daje frajdę. A ja powiem tak, że może i z kilku spraw się rezygnuje ale dlatego, że dostaje się w zamian coś takiego, z czym nic się nie może równać i nie rezygnujesz dlatego, że Bóg Tobie nakazuje, a dlatego, że tego chcesz. Nic nie może się równać z bliskością z Jezusem... On umiłował Ciebie tak mocno, że wydał siebie samego za Ciebie. Pan Bóg objawia się i prowadzi w taki sposób, że inne rzeczy po prostu bledną przy Nim. 
Jeszcze wrócę do mojej byłej choroby :-) Od momentu, w którym oddałem życie Jezusowi, nie leczę się 
u żadnych lekarzy. Zdarzają się słabsze momenty ale to, w jaki sposób funkcjonuję teraz, nie ma nic wspólnego z tym co było przed nawróceniem. Jest napisane, że: „Jego ranami i sińcami jesteśmy uzdrowieni. Że On nasze choroby nosił …” Każdy, kto jest w Jezusie jest nowym stworzeniem i uzdrowienie jest dla niego dostępne bo Bóg jest Bogiem kochającym swoje dzieci i On nie chce aby  ktokolwiek cierpiał przez choroby. Nie mówię, że z automatu każdy jest uzdrawiany ale uzdrowienie Boże jest dostępne. Bo On tego chce dla nas. Dla każdego z nas.
Mam nowe życie od tamtej pory. Nie zamieniłbym tego na nic innego. Każda rzecz która dawała mi satysfakcję przed nawróceniem teraz ma zupełnie inny kształt. Muzyką od jakiegoś czasu znowu się zajmuję ale zupełnie inaczej niż wcześniej bym to sobie wyobrażał. Wszystko w czym jest obecny Pan Jezus jest bez porównania z czymkolwiek innym. Dlatego tak ważne jest aby poddać Jemu wszystko, a On nas wtedy zaskoczy rzeczami, które się nam nie śniły. Mam żonę i za kilka tygodni urodzi nam się syn Michał przez Pana Boga zapowiedziany; zresztą żona też przez Pana Boga przyprowadzona do mojego miasta z innej części Polski i wskazana, że to Ona :-) Idziemy teraz razem służąc Panu Bogu. To najpiękniejszy scenariusz życia jakiego człowiek może doświadczyć. Możliwe, że czasem bywa trudny - nikt nie obiecuje, łatwej drogi ale za to jest ona wartościowa, pełna miłości, Bożej obecności, mająca cel i sens.  

Jeśli poczułeś, że Bóg Ciebie dotyka przez moją historię …. nie wahaj się. On chce abyś podjął decyzję 
i powierzył Jezusowi swoje życie i serce. Zrób to podobnie do mnie i szukaj Go z całego serca
a będziesz zaskoczony miłością i zmianami, jakie się zaczną dziać w Twoim życiu a przede wszystkim możesz mieć wtedy pewność, że niezależnie od tego, kiedy umrzesz, Pan Jezus powie Ci po tamtej stronie „ Kocham Ciebie …. należysz do mnie i nie pójdziesz na sąd bo ja zapłaciłem za Ciebie!”


Pozdrawiam serdecznie 
Sebastian




Jeśli chciałbyś o tym pogadać albo otrzymać jakieś wsparcie pisz śmiało na sebastiangrzesiak777@gmail.com




czwartek, 16 czerwca 2011

Świadectwo HOWARDA STORM'a

Świadectwo HOWARDA STORM'a

----------------------------------------------------------------------

część 1

Przed swoim doświadczeniem śmierci klinicznej Howard Storm, profesor sztuki w Uniwersytecie Północnego Kentucky nie był człowiekiem zbyt miłym. Był zdeklarowanym ateistą, wrogiem wszystkich religii i osób je praktykujących. Nic nie sprawiało mu już radości i często starał się przemocą wywierać wpływ na ludzi wokół siebie. Wierzył tylko w to co mógł zobaczyć, dotknąć i w to co mogło być udowodnione naukowo. Uważał, że świat materialny jest jedyną istniejącą formą bytu. Uważał, że wszelkie formy kultów religijnych wymyślono tylko po to by mamić i oszukiwać ludzi.

1 czerwca 1985 roku, w wieku 38 lat Howard Storm doświadczył śmierci klinicznej z powodu perforacji żołądka i jego życie od tej chwili odmieniło się na zawsze. Odmieniło się do tego stopnia, że zrezygnował z funkcji profesora na uniwersytecie i wstąpił do seminarium teologicznego. Poniżej przedstawiono wspomnienie przeżycia śmierci klinicznej Howarda Storma.

Zaproszenie od dziwnych ludzi

(Howard Storm podczas agonii)

Zmagałem się z własnymi emocjami próbując pożegnać się z żoną. Jedyne co byłem w stanie powiedzieć jej wtedy to to, że ją kocham. Emocje jakie mną wtedy targały nie pozwalały mi na nic innego.

Poczułem jakby odprężenie zamykając jednocześnie oczy i czekałem na koniec. Czułem, że to było właśnie to. Całkowite zaciemnienie, wielka nicość, sen z którego już się nie budzisz, koniec istnienia. Miałem absolutną pewność, że poza tym życiem nie ma już niczego - zgodnie z moim wyobrażeniem tak właśnie pojmowali rzeczywistość ludzie inteligentni i rozsądni. Coś takiego jak modlitwa nie przyszło mi nawet do głowy. Nigdy nie myślałem o takich rzeczach a jeżeli nawet kiedyś wspominałem imię Boga to tylko jako przekleństwo.

Na jakiś czas straciłem przytomność. Trudno mi określić jak długo mogło to trwać ale kiedy odzyskałem świadomość czułem się naprawdę dziwnie. Natychmiast otworzyłem oczy. Ku swojemu zdumieniu stałem obok łóżka i patrzyłem na własne ciało leżące na łóżku. Moją pierwszą reakcją była myśl "To jakaś niedorzeczność! Nie mogę przecież stać tutaj i spoglądać w dół. To nie jest możliwe". Zupełnie nie tego oczekiwałem. Czułem się niedobrze. Dlaczego wciąż byłem żywy? Pragnąłem pogrążenia się w zapomnieniu.

Kiedy zdałem sobie wreszcie sprawę co się stało poczułem się roztrzęsiony i zacząłem krzyczeć i wrzeszczeć na moją żonę ale ona tylko siedziała tam nieruchomo jak kamień. Nawet nie spoglądała na mnie. Zacząłem wykrzykiwać przekleństwa w jej kierunku by zwrócić na siebie uwagę. Będąc zdenerwowany i zły próbowałem jeszcze zwrócić uwagę współ-pacjenta z mojego pokoju ale z tym samym rezultatem. Nie reagował.

Chciałem by to był sen i powtarzałem sobie "To musi być sen". Ale wiedziałem, że to nie jest sen. Uświadomiłem sobie, że w dziwny sposób staję się coraz bardziej świadomy i czułem się bardziej żywy niż kiedykolwiek w całym moim życiu. Wszystkie zmysły stały się bardzo wyostrzone. Wszystko odczuwałem bardzo prawdziwie i żywo. Podłoga była chłodna a moje bose stopy wilgotne. To była rzeczywistość. Zacisnąłem pięści i zdumiałem się jak wiele odczuć dał mi ten zwykły gest

Wtedy usłyszałem moje imię:

"Howard, Howard - chodź tutaj"

W pierwszej chwili zdziwiłem się skąd dochodził ten głos. Odkryłem, że dochodził od strony korytarza. Kilka różnych głosów wołało mnie. Zapytałem kim są a oni powiedzieli: "Jesteśmy tu by zaopiekować się tobą. Doprowadzimy cię do porządku. Chodź z nami"

Zapytałem znowu czy są lekarzami i pielęgniarkami. Oni odpowiedzieli "Szybko, chodź. Przekonasz się."

Kiedy zadawałem im pytania udzielali wymijających odpowiedzi. Wywierali na mnie nacisk bym się pospieszył i wyszedł na korytarz.

Z pewną niechęcią wyszedłem na korytarz i znalazłem się we mgle. Była to lekko kolorowa mgła. Nie była zbyt gęsta. Widziałem na przykład swoje ręce ale ludzie, którzy wołali mnie byli o 5-6 metrów ode mnie i nie widziałem ich wyraźnie. Wyglądali bardziej jak sylwetki lub kształty i kiedy próbowałem zbliżyć się do nich by lepiej im się przyjrzeć oni oddalali się w mgłę. Szedłem więc coraz głębiej w mgłę.

Te dziwne istoty poganiały mnie bym szedł za nimi. Wciąż pytałem ich dokąd idziemy a oni odpowiadali: "Pospiesz się, dowiesz się". Właściwie niczego nie mówili poza poganianiem mnie bym szedł za nimi. Zaczęli powtarzać, że moje cierpienie było bezsensowne i niepotrzebne. "Ból to bzdura" powiedzieli.

Wiedziałem, że idziemy tak już całe mile ale w dziwny sposób gdy oglądałem się za siebie wciąż widziałem pokój szpitalny. Moje ciało wciąż tam leżało, nieruchomo na łóżku. W perspektywie wyglądało to tak jakbym unosił się nad pokojem szpitalnym i spoglądał w dół. Wydawało się, że pokój jest już miliony mil za mną. W pokoju wciąż widziałem moją żonę i współlokatora ale stwierdziłem, że nie są w stanie mi pomóc więc raczej pójdę z tymi ludźmi.

Kiedy uszliśmy w ten sposób znaczną odległość spostrzegłem, że istoty są wokół mnie. Prowadzili mnie poprzez mgłę. Nie wiem jak długo to trwało. W całym tym przeżyciu miałem poczucie jakby czas nie istniał.

W miarę jak poruszaliśmy się mgła stawała się coraz gęstsza i ciemniejsza. Również ludzie towarzyszący mi zaczęli się zmieniać. Na początku wydawali się rozbawieni i szczęśliwi ale kiedy pokonaliśmy pewną odległość zaczęli stawać się agresywni. Im bardziej stawałem się podejrzliwy i im więcej pytań zadawałem oni stawali się wobec mnie coraz bardziej wrodzy, opryskliwi i pewni siebie. Zaczęli żartować sobie z mojej nagości i z tego jak śmiesznie wyglądam. Wiedziałem, że mówili o mnie ale gdy próbowałem dowiedzieć się co mówią dokładnie oni szeptali "Cicho on słyszy". Ci mniej agresywni ostrzegali jakby tych agresywniejszych by byli cicho aby mnie nie spłoszyć.

Zastanawiając się co to wszystko ma znaczyć zadawałem im pytania ale oni powtarzali tylko bym szedł szybciej i nie zadawał pytań. Czując się nieswojo, szczególnie odkąd oni zaczęli stawać się agresywni rozważałem powrót ale nie wiedziałem jak to zrobić. Byłem zagubiony. Nie było żadnych punktów odniesienia do których mógłbym nawiązać swoje położenie. Była tylko gęsta mgła i wilgotny grunt pod stopami. Nie miałem poczucia kierunków.

Całe moje porozumiewanie z nimi odbywało się za pomocą słów tak jak między zwykłymi ludźmi. Wyglądało na to, że oni nie wiedzieli co myślę. Ja również nie wiedziałem co oni myślą. Stawało się jednak coraz bardziej oczywiste, że byli kłamcami i jakakolwiek pomoc stawała się tym bardziej niemożliwa im dłużej przebywałem wśród nich.

część 2

Zaatakowany przez dziwaczne istoty

Jeszcze parę godzin temu spodziewałem się, że umrę i miałem nadzieję, że skończy się tortura jaką było dla mnie życie. Teraz wszystko wyglądało znacznie gorzej. Byłem popychany przez tłum nieprzyjaznych i okrutnych ludzi w nieznanym kierunku w mrok. Zaczęli wrzeszczeć i rzucać w moim kierunku przekleństwa i obraźliwe słowa żądając bym szedł jeszcze szybciej. Odmawiali odpowiedzi na jakiekolwiek pytania.

W końcu powiedziałem im, że nie pójdę już dalej. W tym momencie zmienili się całkowicie. Stali się o wiele bardziej agresywni i nalegali bym szedł z nimi. Kilku z nich zaczęło mnie popychać. Ja zacząłem im oddawać i wtedy zaczęła się dzika orgia wrzasków, szyderstw i bicia. Walczyłem jak dziki człowiek. Cały czas zdawałem sobie sprawę z tego, że sprawia im to wielką uciechę. Było to dla nich swego rodzaju grą ze mną jako centrum ich rozrywki. Moje cierpienie było ich przyjemnością. Starali się mnie zranić. Chwytali mnie i gryźli. Kiedy udawało mi się zrzucić jednego z nich na jego miejsce pojawiało się pięciu innych.

W tym czasie znajdowałem się w niemal całkowitej ciemności i czułem, że zamiast dwudziestu, trzydziestu nieprzyjaznych istot jest ich tam niezliczona rzesza. Ranienie mnie było dla nich rodzajem sportu. Moje próby walki z nimi prowokowały u nich tylko jeszcze większą uciechę. Zaczęli mnie fizycznie upokarzać w najbardziej poniżający sposób. Walcząc z nimi byłem świadomy tego, że im wcale nie spieszy się by mnie pokonać. Bawili się mną tak jak kot bawi się z myszą. Każdy nowy atak wywoływał u nich kakofoniczne wycie. Ku mojemu przerażeniu zaczęli mnie rozrywać i pożerać żywcem. Robili to bardzo powoli tak by ich zabawa trwała jak najdłużej.

Ani przez moment nie miałem odczucia, że atakujące mnie istoty są kimś innym niż ludźmi. Najlepszy sposób w jaki mógłbym ich opisać to najbardziej odrażające osoby jakie można sobie wyobrazić odarte z najmniejszej choćby intencji zrobienia czegoś dobrego. Niektórzy z nich podpowiadali innym co robić ale nie zauważyłem wśród nich żadnej hierarchii w sensie organizacyjnym. Nie wyglądało na to by byli kierowani przez kogoś lub kontrolowani w jakikolwiek sposób. Zasadniczo byli tłumem istot kierujących się nieposkromionym okrucieństwem i namiętnościami. W czasie naszej walki zauważyłem, że wydają się nie odczuwać bólu. W czasie mojego pierwszego kontaktu z nimi zauważyłem, że byli ubrani jednak kiedy ich dotykałem nie czułem żadnego ubrania.

Walcząc z całych sił przez dłuższy czas w końcu moje siły wyczerpały się. Leżąc tam wyczerpany pomiędzy nimi zauważyłem, że moi prześladowcy uspokajają się. Leżąc bez sił przestałem być dla nich rozrywką. Większość z istot poczęła rezygnować rozczarowana ale niektóre wciąż skubały mnie i poniżali mnie za to, że nie jestem już dłużej dla nich zabawny. W tym czasie leżałem tam poszarpany, niezdolny do stawiania jakiegokolwiek oporu a nieprzyjaźni ludzie od czasu do czasu kłuli mnie próbując zmusić mnie do reakcji.

Wtedy wydarzyło się coś czego nie będę nawet próbował wyjaśnić. Wewnątrz siebie usłyszałem głos mówiący "Módl się do Boga". Mój umysł zareagował na to "Przecież ja się nie modlę. Nie wiem jak się modlić". Tak wyglądała moja sytuacja: facet leżący na ziemi w ciemnościach otoczony przez setki jeśli nie tysiące brutalnych i okrutnych stworów, które właśnie przed chwilą rozszarpały go. Moje położenie wydawało się zupełnie beznadziejne i wyglądało na to, że niemożliwe jest jakiekolwiek wyjście niezależnie od tego czy wierzyłbym w Boga czy nie.

Głos wewnętrzny ponownie powiedział bym modlił się do Boga. Był to dla mnie dylemat ponieważ nie wiedziałem jak się modlić. Głos powiedział po raz trzeci bym modlił się do Boga.

Zacząłem w ten sposób: "Pan jest moim pasterzem, nie będę pożądał...Boże chroń Amerykę..." i inne frazy, które wydawały się mieć związek z religią. Ludzie wokół mnie dostali szału tak jakbym wylał na nich wrzący olej. Zaczęli na mnie krzyczeć i wrzeszczeć, rozkazując bym przestał. Wrzeszczeli, że nie ma żadnego Boga i że nikt mnie nie usłyszy. Wykrzykując obelgi w moim kierunku zaczęli jednocześnie wycofywać się - tak jakbym był trucizną. Kiedy tak wycofywali się stali się jeszcze bardziej rozwścieczeni, przeklinając i wrzeszcząc, że to co mówię jest bezwartościowe i że jestem tchórzem.

Odkrzykiwałem w ich kierunku: "Ojcze nasz, który jesteś w niebie" i tym podobne zdania. To trwało przez jakiś czas aż nagle uświadomiłem sobie, że odeszli. Było ciemno a ja byłem sam wykrzykując rzeczy, które brzmiały "kościelnie". Sprawiało mi przyjemność, że te kościelne zwroty odniosły tak ogromny skutek na te okropne istoty.

Leżałem tam tak długo w stanie beznadziei i desperacji, otoczony zupełną ciemnością, że nie jestem w stanie powiedzieć ile to trwało. Leżałem w nieznanym mi miejscu, cały poszarpany i porozrywany. Byłem zupełnie pozbawiony siły. Zdawało mi się, że zanikam, że najmniejszy ruch który chciałbym wykonać pochłonąłby ostatnią energię, którą posiadałem.


część 3

Uratowany przez światło

Nie wiedziałem już nawet czy jestem jeszcze na świecie. Wiedziałem natomiast, że jestem tutaj. To co czułem było zupełnie prawdziwe. Wszystkie moje zmysły pracowały aż nazbyt dobrze. Właściwie nie zdawałem sobie sprawy w jaki sposób znalazłem się w tym miejscu. Nie było żadnego odniesienia, kierunku w którym mógłbym się poruszać nawet gdybym był fizycznie do tego zdolny. Agonia, którą przeżyłem w szpitalu w ciągu dnia była niczym w porównaniu do tego co czułem teraz. Zdawałem sobie sprawę, że to co odczuwam to ostateczny i całkowity koniec mojego istnienia i było to straszniejsze niż mogłem sobie to wcześniej wyobrazić.

Wtedy wydarzyło się coś zupełnie niezwykłego. Usłyszałem bardzo wyraźnie (wypowiedziane moim głosem) coś czego nauczyłem się w dziecięcej szkółce niedzielnej. Była to dziecinna piosenka "Jezus kocha mnie, ja to wiem ..." Głos, który słyszałem zaczął ją powtarzać. Nie wiem dlaczego ale nagle zapragnąłem uwierzyć w to. Nie mając już nic innego chciałem uczepić się tej jednej myśli i krzyknąłem "Jezusie, proszę uratuj mnie." Ta myśl była wykrzyczana całą tlącą się we mnie jeszcze siłą i uczuciem.

Kiedy to zrobiłem, zobaczyłem gdzieś daleko w ciemności maleńką gwiazdkę. Nie wiedząc co to jest pomyślałem, że jest to kometa lub meteoryt ponieważ poruszała się prędko. W chwilę później zdałem sobie sprawę, że zmierza w moim kierunku. Bardzo szybko zaczęło się rozjaśniać.

Kiedy światło zbliżyło się jego jasność wylała się na mnie i powstałem - nie moim wysiłkiem - po prostu uniosłem się. Potem zobaczyłem-zobaczyłem to bardzo wyraźnie-jak wszystkie moje rany, łzy, moje załamanie zaczęły roztapiać się i w tej jasności stałem się znowu całością.

Wtedy wybuchnąłem niekontrolowanym płaczem. Płakałem nie ze smutku ale dlatego, że przeżywałem rzeczy, których nie odczuwałem nigdy wcześniej w moim życiu.

Zdarzyło się jeszcze coś. Nagle dowiedziałem się wielu rzeczy. Wiedziałem, że to światło, ta jasność zna mnie. Nie wiem jak wyjaśnić to skąd wiedziałem, że ono mnie zna. Po prostu wiedziałem to. Zrozumiałem, że to światło zna mnie lepiej niż moi rodzice. Świetlisty byt, który objął mnie znał mnie bardzo blisko i zaczął objaśniać mi ogromne znaczenie wiedzy. Wiedziałem, że on wiedział wszystko o mnie i że jestem bezwarunkowo kochany i akceptowany.

Światło wyjaśniło mi, że kocha mnie w sposób którego nie jestem w stanie wyrazić. Nigdy wcześniej nie zdawałem sobie sprawy z tego, że można być kochanym w taki sposób. Był skoncentrowanym polem energii, świecącym w chwale, której nie można opisać inaczej jak dobro i miłość. Siła tej miłości przerasta ludzkie wyobrażenie.

Wiedziałem, że ta promienna istota jest potężna. Sprawiała, że czułem się bardzo dobrze. Czułem jej światło na sobie - jak dotyk bardzo delikatnych dłoni. Czułem, że światło obejmowało mnie. Kochało mnie z wszechobejmującą mocą. Po tym wszystkim co przeszedłem uczucie bycia tak dobrze znanym, akceptowanym i bezgranicznie kochanym przeszło moje wszelkie wyobrażenie. Zacząłem mocno płakać. Potem obaj, ja i to światło wznieśliśmy się i oddaliliśmy się z tego miejsca.

Poruszaliśmy się coraz szybciej opuszczając ciemność. W objęciach światła, czując się cudownie i płacząc zobaczyłem w oddali coś co wyglądało jak galaktyka. Było jednak większe i było w niej więcej gwiazd niż widywałem z ziemi.

Było to wielkie centrum światłości. W środku znajdowała się koncentracja ogromnej jasności. Niezliczone miliony sfer świetlistych latało wokół, wchodząc i opuszczając wspaniały Byt w centrum. Było to w znacznej odległości.

Wtedy ... (nie powiedziałem tego lecz pomyślałem)... zwróciłem się do światła: "Odeślij mnie z powrotem". Mówiąc do światła by odesłało mnie z powrotem miałem na myśli odesłanie mnie do ciemności. Tak bardzo wstydziłem się tego kim byłem przez całe moje życie, że jedno co chciałem zrobić to ukryć się w ciemności. Nie chciałem już więcej iść w kierunku światła. Jak wiele razy w ciągu życia zaprzeczałem i drwiłem sobie z istoty będącej teraz przede mną. Jak wiele razy używałem jej jako przekleństwa. Jaką niewiarygodną intelektualną arogancją było używanie jej imienia w ten sposób. Bałem się podejść bliżej. Byłem również świadomy tego, że ogromna intensywność emanacji mogłaby zdezintegrować to co wciąż odczuwałem jako nienaruszone ciało fizyczne. Istota, która wspierała mnie, mój przyjaciel wiedział o moim lęku, oporach i wstydzie. Po raz pierwszy odezwał się do mnie męskim głosem i powiedział mi że jeśli czuję się skrępowany nie musimy już bardziej zbliżać się. Zatrzymaliśmy się więc, wciąż niezliczone mile od Wspaniałego Bytu.

Pierwszy raz mój przyjaciel (Jezus Chrystus), powiedział wtedy: "Jesteś stąd".

Widząc ogrom chwały zdałem sobie sprawę z mojej marności. Odpowiedziałem "Nie, popełniłeś pomyłkę, odeślij mnie z powrotem". A on powiedział "My nie popełniamy pomyłek. Jesteś stąd".

Potem dźwiękiem muzyki zwrócił się do świetlistych bytów, które otaczały wielkie centrum. Kilka z nich podeszło i otoczyło nas. W czasie tego co nastąpiło potem niektóre podchodziły do nas, inne odchodziły ale ciągle było w pobliżu pięć lub sześć z nich a czasem nawet osiem. Wciąż płakałem. Jedną z pierwszych rzeczy, które zrobiły te cudowne istoty było pytanie skierowane do mnie: "Czy boisz się nas?" Odpowiedziałem, że nie. Oznajmili, że mogą objawić się pod postacią ludzi ale powiedziałem im by pozostali w takiej postaci w jakiej są. Byli tak cudownie piękni...

Jako artysta w świecie, w którym żyłem znałem trzy kolory podstawowe. Tutaj widziałem spektrum światła składającego się z co najmniej 80 nowych kolorów podstawowych. Próba opisania ich jest niemożliwa. Były to kolory, których nie widziałem nigdy wcześniej.

To co pokazywały mi te istoty to ich chwała. Nie widziałem w rzeczywistości ich samych. Byłem tym całkowicie usatysfakcjonowany. Przychodząc ze świata kształtów i form byłem zachwycony tym nowym amorficznym światem. Te istoty dawały mi to czego wtedy potrzebowałem.

Ku mojemu zaskoczeniu a także utrapieniu istoty te były w stanie czytać moje myśli. Nie byłem pewien czy będę mógł jeszcze cokolwiek utrzymać w tajemnicy.

Zaczęliśmy wymianę myśli. Rozmowę bardzo naturalną, bardzo spokojną i swobodną. Słyszałem głosy każdego z nich osobno i bardzo wyraźnie. Każdy z nich miał inną osobowość z odmiennym od innych głosem ale mówili bezpośrednio do moich myśli, nie do uszu. Używali normalnego, potocznego języka angielskiego. Wiedzieli wszystko o czym pomyślałem.

część 4

Recenzja życia

Każdy z nich znał mnie i rozumiał mnie bardzo dobrze. Znali moje myśli i moją przeszłość. Nie czułem potrzeby prosić o przyprowadzenie kogoś kogo znałem bo oni wszyscy znali mnie. Nikt nie mógł znać mnie lepiej. Nie przychodziło mi też do głowy by identyfikować ich jako wujków lub dziadków. Było to jak wielki zjazd krewnych na Boże Narodzenie, na którym nie bardzo można przypomnieć sobie kto jest kim ale wie się, że każdy jest kimś bliskim i że jesteś ze swoją rodziną. Nie wiedziałem czy byli moimi krewnymi czy nie, ale czułem, że są mi bliżsi niż ktokolwiek kogo dotąd znałem.

W czasie mojej rozmowy ze świetlistymi istotami, która trwała bardzo długo byłem fizycznie wspierany przez obejmującą mnie Istotę. Byliśmy zupełnie stabilni mimo tego, że wciąż zawieszeni w przestrzeni. Wszędzie wokół nas były niezliczone promienne istoty, jak gwiazdy na niebie, przychodzące i odchodzące. Wyglądało to jak bardzo mocno powiększony widok galaktyki upakowanej wyjątkowo dużą ilością gwiazd. W gigantycznym promieniowaniu centrum były upakowane tak gęsto, że nie można już było odróżnić poszczególnych istot. Ich jaźnie były w takiej harmonii ze Stwórcą, że byli prawdziwą jednością.

Powiedziano mi, że jednym z powodów dla którego te wszystkie niezliczone istoty musiały wracać do swojego źródła była potrzeba wzmocnienia się tym poczuciem harmonii i jedności. Kiedy były w oddaleniu zbyt długo zaczynały odczuwać separację. Ich największą przyjemnością było powracanie do źródeł całego życia.

Na początku naszej rozmowy istoty próbowały mnie pocieszać. Coś co mi przeszkadzało to fakt, że byłem nagi. Przebywając w ciemności zgubiłem gdzieś moją szpitalną koszulę. Byłem człowiekiem. Miałem ciało. Powiedzieli mi, że wszystko jest w porządku. Byli zupełnie obeznani z moją anatomią. Stopniowo odprężyłem się i przestałem zakrywać intymne części ciała rękami.

Następnie chcieli porozmawiać o moim życiu. Ku mojemu zaskoczeniu moje życie zaczęło odtwarzać się przede mną. Jakieś sześć do ośmiu stóp (ok.dwa metry-przyp.tłum.) przede mną od początku do końca. Przegląd życia był przez nich kontrolowany. Pokazali mi moje życie ale nie z mojego punktu widzenia. Zobaczyłem siebie w moim życiu - a wszystko to było lekcją mimo, że nie zdawałem sobie wtedy z tego sprawy. Próbowali mnie czegoś nauczyć ale ja nie wiedziałem o tym gdyż nie wiedziałem, że powrócę.

Po prostu oglądaliśmy moje życie od początku do końca. Przy niektórych zdarzeniach zatrzymywali się dłużej i przyglądali się uważniej. Nad innymi nie zatrzymywali się. Moje życie ukazane zostało od strony o jakiej nigdy wcześniej nie myślałem. Wszystkie moje osiągnięcia, do których dążyłem: szkoła podstawowa, szkoła średnia, studia i moja późniejsza kariera nie miały żadnego znaczenia w tym pokazie.

Odczuwałem uczucia smutku i cierpienia albo radości moich towarzyszy w trakcie przeglądu mojego życia. Nie mówili, że coś było złe lub dobre ale ja to po prostu czułem. Bardzo dobrze wyczuwałem, które rzeczy były dla nich bez znaczenia. Nie spojrzeli na przykład na moje wyniki z pchnięcia kulą ze szkoły średniej jak i na inne wydarzenia, z których byłem tak dumny.

Zwracali uwagę na to w jaki sposób odnosiłem się do innych ludzi. Niestety moje odnoszenie się do innych ludzi w większości przypadków nie było bliskie temu jak powinienem się zachować gdybym kierował się w moim postępowaniu miłością.

Każde zdarzenie, w którym kierowałem się w moim zachowaniu miłością sprawiało im radość. Bardzo często manipulowałem ludźmi, z którymi miałem kontakt. W czasie mojej profesorskiej kariery, na przykład, zobaczyłem siebie siedzącego w biurze na uczelni. Przyszedł do mnie student z osobistym problemem. Siedziałem tam wyglądając na współczującego, cierpliwego i zatroskanego podczas gdy w rzeczywistości byłem znudzony na śmierć. Ukradkiem spoglądałem na zegarek pod stołem i niecierpliwie czekałem by student skończył.

Musiałem przejść przez wszystkie tego rodzaju zdarzenia w towarzystwie tych wspaniałych istot. Kiedy byłem nastolatkiem mój ojciec musiał pracować przez 12 godzin na dobę. Oburzało mnie, że zaniedbywał kontakty ze mną. Kiedy przychodził z pracy byłem dla niego chłodny i obojętny. To sprawiało, że stawał się podenerwowany co było dla mnie dodatkowym usprawiedliwieniem odczuwania nienawiści do niego. Kłóciliśmy się ze sobą co wyprowadzało z równowagi moją matkę.

Przez większość życia miałem poczucie, że ojciec jest nikczemnikiem a ja jego ofiarą. Podczas przeglądu mojego życia zrozumiałem jak wiele z jego postawy było sprowokowane przeze mnie. Zamiast witać go radośnie pod koniec dnia ja wciąż wbijałem w niego ciernie po to by wziąć odwet za moje cierpienie.

Zobaczyłem jak pewnej nocy gdy moja siostra źle się czuła wszedłem do jej pokoju i objąłem ją ramionami nic nie mówiąc. Po prostu leżałem koło niej i obejmowałem ją. Wyszło na to, że był to jeden z największych triumfów mojego życia.

część 5

Terapia miłości

Przegląd całego życia byłby dla mnie emocjonalnie niszczący i z pewnością stałbym się po nim osobą psychotyczną gdyby nie fakt, że cały czas odczuwałem miłość mojego przyjaciela i jego przyjaciół. Za każdym razem gdy okazywałem zdenerwowanie wyłączali przegląd na jakiś czas i okazywali mi miłość. Ich miłość była namacalna. Czułem ją na ciele, czułem ją wewnątrz mnie, czułem że przenikała mnie na wskroś. Bardzo chciałbym umieć to wytłumaczyć ale nie potrafię.

Terapią na okropny stan w jaki wprowadzał mnie przegląd mojego życia była ich miłość. Moje przeszłe życie było po prostu żałosne. Trudno mi było w to uwierzyć. Najgorsze w tym wszystkim było to, że wszystko wyglądało coraz gorzej w miarę jak przegląd posuwał się do przodu. Moja głupota i egoizm wieku nastoletniego tylko powiększyły się kiedy stałem się dorosły a wszystko to pod przykrywką bycia dobrym mężem, dobrym ojcem i dobrym obywatelem. Ta hipokryzja napawała mnie wstrętem. Ale wszystko to przenikała ich miłość.

Kiedy przegląd zakończył się zapytali mnie: "Czy chciałbyś o coś zapytać?" Ja miałem mnóstwo pytań. Zapytałem na przykład: "Jak to jest z Biblią?" Oni odpowiedzieli: "Co cię interesuje?" Spytałem czy jest prawdziwa a oni odpowiedzieli, że tak. Spytałem dlaczego kiedy próbowałem ją czytać wszystko co dostrzegałem to mnóstwo sprzeczności. Wróciliśmy znowu do przeglądu życia. Do miejsca, na które nie zwróciłem poprzednio uwagi. Pokazali mi jak kilka razy otwierałem Biblię i czytałem ją właśnie z zamiarem wyszukiwania sprzeczności i problemów. Próbowałem udowodnić sobie, że nie było warto jej czytać.

Stwierdziłem, że Biblia nie miała dla mnie sensu. Powiedzieli mi, że zawiera ona prawdę duchową i że powinienem ją czytać w sposób duchowy by zrozumieć jej sens. Powinna ona być czytana jak modlitwa. Poinformowali mnie, że nie jest ona jak inne książki. Powiedzieli mi także (później odkryłem, że tak było w rzeczywistości), że kiedy czyta się ją w duchu modlitwy ona mówi do ciebie. Odkrywa się przed tobą i nie musisz już nad nią pracować.

Moi przyjaciele odpowiadali na wiele pytań w zabawny sposób. Naprawdę wiedzieli całą masę rzeczy, o które chciałem ich zapytać. Kiedy tylko pomyślałem o jakimś pytaniu oni rozumieli je doskonale.

Zapytałem ich na przykład jaka jest najlepsza religia. Oczekiwałem odpowiedzi w rodzaju: "Prezbiteriańska" gdyż domyślałem się, że moi przyjaciele są Chrześcijanami. Odpowiedzieli, że najlepszą religią jest ta, która najbardziej zbliża do Boga.

Zapytałem ich czy istnieje życie na innych planetach. Ku mojemu zaskoczeniu odpowiedzieli, że wszechświat jest pełny życia. Ponieważ bardzo bałem się zagłady nuklearnej zapytałem czy będzie na świecie wojna nuklearna. Odpowiedzieli, że nie. Zdumiało mnie to i wyjaśniłem im jak żyłem w poczuciu zagrożenia wojną nuklearną. Był to jeden z powodów, dla których byłem tym kim byłem. Stwierdziłem, że życie na ziemi stawia nas w obliczu beznadziei. Poczucie, że świat prędzej czy później eksploduje stawiało sens czegokolwiek pod znakiem zapytania. W związku z tym wydawało mi się, że mogę robić wszystko na co mam ochotę bo nic naprawdę nie ma znaczenia.

Oni powiedzieli: "Nie, nie będzie wojny nuklearnej". Zapytałem czy są absolutnie pewni, że nie będzie wojny nuklearnej. Oni zapewnili mnie jeszcze raz a kiedy spytałem jak mogą być tak absolutnie pewni odpowiedzieli: "Bóg kocha świat".

Powiedzieli, że najwyżej jeden albo dwa nuklearne pociski mogą wybuchnąć jeżeli nie zostaną wcześniej zniszczone ale, że nie będzie wojny nuklearnej. Potem zapytałem jak to jest, że było tak dużo wojen. Odpowiedzieli, że dopuszczono tylko do niewielu z tych, które ludzkość próbowała rozpętać. Z wielu wojen, które ludzie próbowali stworzyć pozwolono tylko na niewiele by przywrócić opamiętanie.

Powiedzieli, że nauka, technologia i inne korzyści są darami dla ludzkości przekazywanymi jej poprzez inspiracje. Ludzie w sensie dosłownym doprowadzeni byli do odkryć. Wiele z nich zostało potem przez ludzi wypaczonych i użytych w celu niszczenia innych. Moi przyjaciele obawiali się, że perwersja z jaką ludzie wykorzystują odkrycia technologiczne może doprowadzić do zbyt dużych uszkodzeń naszej planety. Przez planetę rozumieli całość Bożego stworzenia. Nie tylko ludzi ale także zwierzęta, drzewa, ptaki, owady, wszystko.

część 6

Miłość do wszystkich ludzi.

Wytłumaczyli mi, że zależy im na wszystkich ludziach na świecie. Nie chodzi im o to by jedna grupa ludzi wyprzedzała inne grupy. Chcą by każdy człowiek uważał drugą osobę za kogoś ważniejszego od własnego ciała. Chcą by każdy kochał innych, całkowicie, bardziej nawet niż samego siebie. Jeżeli ktoś, gdzieś na świecie cierpi wtedy powinniśmy współczuć w tym cierpieniu i powinniśmy cierpiącym pomagać.Nasza planeta po raz pierwszy w historii ewoluowała do takiego stopnia, że jest to możliwe. Jesteśmy globalnie połączeni i możemy stać się jednym ludem.Naród któremu dano przywilej przewodzenia światu na drodze do lepszych czasów zawiódł. To właśnie my w Stanach Zjednoczonych.

Kiedy rozmawiałem z nimi o przyszłości dali mi jasno do zrozumienia, że mamy wolną wolę. Jeżeli zmienimy samych siebie wtedy możemy zmienić przyszłość. Zapytałem ich jak to jest możliwe by zmieniło się postępowanie tak wielu ludzi. Z moich doświadczeń wynikało bowiem, że jest rzeczą niezmiernie trudną jeśli nie niemożliwą zmienić cokolwiek na ziemi. Powiedziałem im, że jest to zadanie beznadziejne.Moi przyjaciele wyjaśnili mi, że punktem wyjścia przemiany całego świata jest przemiana jednej osoby. Dzięki niej przemiana na lepsze dokona się w następnej osobie, potem w następnych itd. Tylko w ten sposób można doprowadzić do globalnej zmiany.

Co dzieje się po śmierci

Spytałem mojego przyjaciela i jego przyjaciół o śmierć. Co dzieje się kiedy umieramy? Powiedzieli, że kiedy umiera osoba kochająca aniołowie wychodzą jej na spotkanie i zabierają ją stopniowo coraz wyżej gdyż byłoby nie do zniesienia dla tej osoby być natychmiast przedstawioną Bogu.

Wiedząc co jest we wnętrzu każdego z nas aniołowie znają nasze pragnienia i zaopatrują nas w to co jest nam potrzebne. Niekiedy jest to rajska łąka a czasem coś innego. Jeżeli ktoś chciałby zobaczyć krewnych wtedy aniołowie przyprowadzają ich ze sobą. Jeżeli ktoś bardzo lubił kamienie szlachetne pokażą mu je. Widzimy to co jest potrzebne do naszego wejścia do świata duchowego. Wszystkie te rzeczy są realne w rajskim, boskim pojęciu.

Stopniowo edukują nas jako istoty duchowe i wprowadzają do nieba. Wzrastając pozbywamy się ziemskich zainteresowań, pragnień i zwierzęcych przyzwyczajeń, z którymi zmagamy się przez większość naszego życia. Ziemskie pożądania topnieją. Stajemy się tymi kim naprawdę jesteśmy, częścią Boskości.

To dzieje się z ludźmi kochającymi, ludźmi którzy postępowali dobrze i kochali Boga. Wyjaśniono mi, że nie mamy dostatecznej wiedzy i prawa by osądzać relację innych osób z Bogiem. Tylko Bóg wie co jest w sercu człowieka. Ktoś kogo uważamy za podłego Bóg może znać jako cudowną osobę. Podobnie ktoś kogo postrzegamy jako dobrego Bóg może widzieć jako hipokrytę o czarnym sercu. Tylko Bóg zna prawdę o każdej osobie.

Bóg ostatecznie osądzi każdą osobę. Bóg także pozwoli by ludzie byli wciągnięci do ciemności do podobnych sobie stworzeń. Opowiedziałem to czego tam doświadczyłem osobiście. Nie wiem nic poza tym czego doświadczyłem ale podejrzewam, że to co widziałem było tylko wierzchołkiem góry lodowej.

Zasłużyłem na to by być tam gdzie byłem. Byłem we właściwym miejscu, we właściwym czasie. To było miejsce dla mnie i osoby które mnie tam otaczały były doskonałym towarzystwem. Bóg pozwolił bym tego doświadczył a potem zabrał mnie stamtąd ponieważ wiedział, że doświadczenie to wywrze na mnie zbawienny skutek. Był to pewien rodzaj oczyszczenia mnie. Ludzie którzy zostali obronieni przed wciągnięciem w ciemność, z powodu ich kochającej natury są przyciągani w górę, w kierunku światła.

część 7

Jego powrót

Nigdy nie widziałem Boga i nie byłem w Niebie. Byłem jakby w przedmieściach i opisałem to co mi pokazano. Rozmawiałem z nimi bardzo długo, o wielu rzeczach. Potem spoglądając na siebie zobaczyłem, że byłem promienny, wypełniony blaskiem. Zacząłem stawać się piękny - nie tak choćby w małym stopniu piękny jak oni - ale posiadałem pewną iskrę której nie miałem nigdy wcześniej.

Nie będąc gotowy na powrót na ziemię powiedziałem, że chcę zostać z nimi na zawsze. Powiedziałem: "Jestem gotowy by być takim jak wy i być tu na zawsze. Tu jest wspaniale. Kocham być tutaj i kocham was. Jesteście cudowni." Wiedziałem, że kochają mnie i wiedzą o mnie wszystko. Wiedziałem, że teraz wszystko już będzie dobrze. Spytałem czy mogę pozbyć się ciała, które było dla mnie zawadą i stać się taką istotą jak oni. Odpowiedzieli: "Nie. Musisz wrócić." Wyjaśnili mi, że jestem jeszcze bardzo niedorozwinięty i że powrót do fizycznej egzystencji będzie dla mnie wielką korzyścią. Dzięki temu będę mógł jeszcze wiele nauczyć się. W ludzkim życiu będę miał możliwość wzrastania tak by następnym razem kiedy spotkam się z nimi być bardziej przystosowanym. Wyjaśnili, że muszę rozwinąć ważne cechy by stać się takim jak oni i móc zaangażować się w to co oni robią.

Odpowiedziałem im, że nie mogę wrócić. Próbowałem kłócić się z nimi. Zaczęła dręczyć mnie myśl, że znów grozić mi będzie koniec w ciemności z istotami podobnymi do mnie. Zacząłem błagać ich by nie kazali mi wracać.

Moi przyjaciele powiedzieli: "Nie oczekujemy że będziesz doskonały. Kochaliśmy cię nawet wtedy gdy będąc na ziemi przeklinałeś Boga i traktowałeś innych jak śmieci. Mimo tego wszystkiego przysyłaliśmy do ciebie ludzi, którzy próbowali ci pomóc i nauczyć cię prawdy. Czy myślisz, że teraz nie będziemy z tobą?"

Powiedziałem "Pokazaliście mi jak być lepszym ale ja jestem pewny, że nie sprostam temu. Nie jestem na tyle dobry." Mój egocentryzm dał o sobie znać i powiedziałem: "Nie ma mowy. Nie wracam." Oni powiedzieli: "Są ludzie, którym zależy na tobie. Twoja żona, twoje dzieci, twoi rodzice. Powinieneś wrócić dla nich. Twoje dzieci potrzebują twojej pomocy." Odpowiedziałem: "Wy możecie im pomóc. Jeżeli każecie mi wrócić będzie zbyt wiele rzeczy, z którymi sobie nie poradzę. Jeżeli wrócę i popełnię znowu jakiś błąd nie będę mógł tego znieść bo wy pokazaliście mi, że mogę być bardziej kochający i bardziej współczujący. Znowu zachowam się okropnie albo wyrządzę komuś krzywdę. Wiem, że tak się stanie bo jestem człowiekiem. Nie będę w stanie tego znieść. Nie możecie mnie odesłać." Zapewnili mnie, że błędy są częścią człowieczeństwa. Popełnianie błędów jest sposobem na uczenie się. Powiedzieli, że tak długo jak będę próbował postępować dobrze będę na właściwej ścieżce. Jeżeli popełnię błąd powinienem uznać go za błąd, odrzucić i starać się nie popełniać go już więcej. Ważne jest by starać się jak najmocniej zachowywać standardy dobra i prawdy i nie rezygnować z nich dla zdobycia uznania innych ludzi. "Ale" - powiedziałem - "błędy i upadki sprawiają, że czuję się okropnie." Oni powiedzieli: "Kochamy cię takim jaki jesteś, razem z twoimi błędami i całą resztą. Możesz odczuwać naszą miłość kiedy tylko zechcesz." Powiedziałem: "Nie rozumiem. Jak mam to zrobić?" "Po prostu zwróć się do swojego wnętrza" - powiedzieli. "Poproś o naszą miłość i damy ci ją jeżeli poprosisz szczerze z serca."

Doradzili mi by uznać winę gdy popełnię błąd i prosić o przebaczenie. Zanim jeszcze słowa wyjdą z moich ust będzie mi przebaczone - ale będę musiał przyjąć przebaczenie. Moja wiara w istotę przebaczenia musi być prawdziwa i dzięki temu będę wiedział, że przebaczenie zostało mi dane. Po uznaniu swojego błędu powinienem wyznać swoje grzechy w formie spowiedzi i poprosić o przebaczenie. Gdybym wtedy nie przyjął przebaczenia byłoby to zniewagą dla tego, który jest dawcą przebaczenia. Nie powinienem ciągle chodzić w poczuciu winy ale także nie powinienem powtarzać błędów. Powinienem wyciągać naukę z moich upadków.

"Ale," powiedziałem, "skąd będę wiedział jakie postępowanie jest dobre? Skąd będę wiedział jak byście chcieli żebym się zachowywał?" Oni odpowiedzieli: "Chcemy byś dokonywał wyborów według swojego uznania. Nie zawsze będzie to wybór prawidłowy. Istnieje całe spektrum możliwości a ty powinieneś dokonać najlepszego wyboru z możliwych. Jeżeli tak będziesz postępował my będziemy z tobą by ci pomagać.

Nie poddawałem się łatwo. Sprzeczałem się, że powrót będzie pełny problemów a tutaj jest wszystko czego mógłbym kiedykolwiek pragnąć. Kwestionowałem moją zdolność do wypełniania tego co oni uważali za istotne w moim świecie.

Powiedzieli, że świat jest pięknym wyrazem Doskonałego Stwórcy. Każdy może znaleźć w świecie piękno lub brzydotę zależnie od tego, w którą stronę kieruje swój umysł. Wyjaśnili mi, że subtelny i złożony rozwój naszego świata jest poza moim pojęciem ale że będę odpowiednim narzędziem dla Stwórcy. Każda część stworzenia, wyjaśnili, jest nieskończenie interesująca ponieważ jest manifestacją Stwórcy. Bardzo ważną okazją dla mnie będzie badanie tego świata z zachwytem i radością. Nie dali mi jakiegoś konkretnego zadania lub misji. Czy mógłbym zbudować dla Boga kościół lub katedrę? Powiedzieli, że te budowle są dla ludzkości. Chcieli bym przeżył swoje życie kochając ludzi a nie rzeczy. Powiedziałem im, że nie jestem na tyle dobry by reprezentować w świecie materialnym swoim zachowaniem to czego doświadczyłem z nimi. Zapewnili mnie, że otrzymam odpowiednią pomoc kiedykolwiek będę jej potrzebował. Wszystko co muszę zrobić to poprosić o nią.

Świetliste istoty, moi nauczyciele, byli bardzo przekonujący. Byłem jednocześnie świadomy tego, że niedaleko od nas znajduje się Wspaniały Byt. Wiedziałem, że jest to Stworzyciel. Oni nigdy nie powiedzieli, że to On chce by było właśnie tak. Ale wszystko co mówili było przepełnione tą pewnością. Nie chciałem sprzeczać się z nimi zbyt mocno ponieważ świadomość obecności Wspaniałego Bytu była tak cudowna i budząca grozę. Miłość, która z niego emanowała była wszechobejmująca.

Prezentując mój najmocniejszy argument przeciw powrotowi do świata, powiedziałem im, że to z pewnością złamie mi serce i umrę jeżeli będę musiał opuścić ich i ich miłość. Powrót będzie dla mnie tak okrutny, że nie będę w stanie go znieść. Zaznaczyłem, że świat jest przepełniony nienawiścią i konkurencją i że nie chcę wracać w ten wir. Nie zniosę rozstania z nimi.

Moi przyjaciele przypomnieli, że nigdy nie byli z daleka ode mnie. Wyjaśniłem, że nie byłem świadomy ich obecności i że kiedy powrócę znowu nie będę wiedział, że oni są przy mnie.

Wyjaśniając jak porozumiewać się z nimi, powiedzieli że powinienem się wyciszyć wewnętrznie i poprosić o ich miłość. Wtedy ta miłość przyjdzie i będę wiedział, że oni tam są.

Po tym wyjaśnieniu zabrakło mi już argumentów i zgodziłem się na powrót. I w tym samym momencie byłem z powrotem. Wróciłem do mojego ciała. Znów odczuwałem ból tylko, że dużo mocniejszy niż przedtem.

sobota, 19 lutego 2011

spotkanie odmieniające życie ....

Poznań luty 2011

Napisałem niedawno do Henia, znajomego mojej mamy z czasów mojego dzieciństwa, list. Odezwał się do mnie po 27 latach z pytaniem, co u mnie, więc opisałem mu wydarzenia z ostatniego roku. Wtedy się zadziało to, co sprawiło, że jestem, kim jestem teraz, a sam list sprowokował mnie do stworzenia bloga - http://sebix-sg.blogspot.com. 
Może ktoś coś dla siebie z niego weźmie.

No więc borykałem się z problemami zdrowotnymi (których naprawdę nie chciałem akurat wtedy, bo rozkręcające się granie, świeżo wydana płyta z dobrymi recenzjami, perspektywy rozwoju i tzw. spełnienia się w tym, co się lubi robić), a przybrały one postać właśnie ostateczną, tzn. lekarze albo stukali się po głowach, że hipochondryk (jak to często bywa, gdy ktoś choruje na trudne w leczeniu i diagnostyce schorzenia - szczególnie w naszym kraju :-)), bo z tym, co twierdzę, że mi jest, to powinienem być na OIOM-ie lub raczej już po tamtej stronie, albo ci, którzy wierzyli w badania, które miałem porobione i w stan faktyczny mojego organizmu, rozkładali ręce i – cytuję: „Z takim zwierzyńcem we krwi wyhodowanym nie wiem, co zrobić” - he, he, he!
No nic. Napisałem wcześniej, że walczyłem przez ponad rok, może dwa, z bardzo ostrymi stanami (bo choroba rozwijała się dużo wcześniej, tylko miałem drobniejsze objawy w pompie :-), nie zastanawiałem się za bardzo, co się dzieje, skoro mogę funkcjonować i młody jestem :-))), a jak łupnęło, to już nie było co zbierać :-). Leczyłem się wszelkimi możliwymi sposobami, które niestety pomagały zwykle na chwilę albo w ogóle, a później było jeszcze gorzej, bo leczyłem jedno, a drugie się tym leczeniem pasło i tak w kółko. Stało się jasne w pewnym momencie, że dla mnie już nie ma ratunku w racjonalnych metodach (lekarze wymiękli, a moje samotne próby szukania doświadczeń innych chorych też zawiodły, nawet bioenergoterapeuci itp. byli na tapecie), że już długo nie pociągnę. Miałem dwa chyba spotkania ze śmiercią faktycznie. Czułem, że to już koniec i pozwoliłem na to, czekałem, ale - całe szczęście - tak się nie stało. Byłem wtedy z Sonia po 7 latach związku. Była przerażona. Jak już zacząłem się zastanawiać, czy to miesiąc, tydzień, czy pół roku może mi zostało (i to jeszcze mało komfortowego życia), pamiętam, że wymyśliłem sobie, że może jeszcze w jakimś miejscu mocy posiedzę, to mnie choć trochę na nogi postawi (naczytałem się o czakramach kiedyś i nawet jakąś teorię znalazłem, że w mieście w którym mieszkam w katedrze jest takowy, więc się tam udałem). Teraz już wiem, że był to okultystyczny pomysł. Posiedziałem najbliżej ołtarza, jak się dało, bo wydawało mi się, że pod ołtarzem takie miejsca są :-)) No więc siedząc tam czułem się niedorzecznie troszkę. Nie dość, że w kościele, to jakiś koleś siedzi niedaleko ołtarza i chłonie moc – he, he. Nic specjalnie nie czułem (ani poprawy, ani sensowności moich poczynań, więc zbierając się do wyjścia rzuciłem od niechcenia jeszcze w górę (bo kościół w końcu :-)): „Boże, jeśli jesteś, pomóż, bo umieram i cierpię”. 
I tutaj się zaczynają zmiany, o których pisałem. Ale do rzeczy. Nigdy nie byłem religijną osobą (i do tej pory za taką siebie nie uważam), zresztą pamiętasz moją mamę - bliżej jej było medytacji, buddyzmu i zen niż myślenia o tzw. Stwórcy. W takim domu wzrastałem i sam podobne poglądy przez całe życie miałem. Nawet (wracając do myślenia o śmierci) twierdziłem, że będzie ona najpiękniejszym momentem w życiu. Nie twierdziłem tak, bo chciałem jej, ale myślałem, że będzie wytchnieniem, pozbyciem się cielesności i skończy się to, co ciąży. Życie jawiło mi się jako cudowne, ale dość ciężkie raczej doświadczenie :-). No, ale w sytuacji, kiedy w wieku 33 lat konfrontujesz się z możliwością zakończenia „podróży”, zaczynasz się zastanawiać: Co i jak? Co dalej ? Czy coś dalej w ogóle jest? Właściwie do tej opcji, że coś jest, byłem przekonany... Pamiętasz Renatę, siostrę mojej mamy? Ona się utopiła w Dębkach kiedyś i kilka minut była martwa. Na szczęście jakaś lekarka na plaży się znalazła i reanimowała ją, udało się, wróciła i.... mówiła, że po tamtej stronie jest tak pięknie, że nie chciała wracać tutaj. Żyłem z takim przeświadczeniem, że „tam” jest życie, że jest pięknie i na pewno będzie si. Bo jak by co, przecież jestem dobrym człowiekiem. No, ale jak już wspomniałem, kiedy wiesz, że się to zbliża, strach jest. Tego dnia po katedrze, kiedy wieczorem z Sonią siedzieliśmy i gadaliśmy, mnie ogarnęła myśl, że tam może nic nie być, że teraz umieram, bo na to wszystko wskazuje i... koniec. Pustka. Znikam. Tyle, do widzenia, Winnetou. I przeraziło mnie to. Wiedziałem jedynie, że jeszcze w takim razie nie chcę. Pobiegłem do prof. Googla :-) wklepać hasło „śmierć kliniczna”. Wyskoczył mi link do opowieści o przeżytej śmierci klinicznej przez pana, który się nazywa Howard Storm - jakbyś chciał przeczytać: http://forum.i-doser.pl/viewtopic.php?t=839
Facet doświadczył niesamowitych historii po tamtej stronie. Nie będę opowiadał Ci wszystkiego. W każdym razie sam wiele razy podobne teksty czytałem i nie robiły na mnie wrażenia, a tym razem dziwnie się czułem czytając. Po pierwsze w trakcie czytania dziwnie się trząść zacząłem, po drugie byłem absolutnie pewien, że to, co czytam, jest prawdą ( nie tylko dla niego, ale obiektywną – to, czego doświadczył, jest prawdziwe), po trzecie na końcu on „tam” spotyka się z aniołami i z Jezusem, który w pewnym momencie zwraca się do niego i mówi: „Chciałbym porozmawiać o twoim życiu” i w tym samym momencie zostaje mu ono wyświetlone, ale z zupełnie innej perspektywy niż on je widział wcześniej. Okazało się, że wszystkie jego osiągnięcia i sukcesy są mało ważne, ale ważne jest to, czy kierował się w traktowaniu innych ludzi miłością. Okazało się też, że w związku z tym jego życie jest jedną wielką porażką, poza jakimś drobnym incydentem z siostrą, którą kiedyś przytulił, jak była chora - to był największy triumf jego życia. 
Jak skończyłem czytać, czułem się już dość dziwnie, cały czas trząsłem się i zostało mi też momentalnie wyświetlone moje życie. Nagle. Ni z gruchy ni z pietruchy zobaczyłem je ze szczegółami, o których dawno zapomniałem (w ułamku sekundy – trudno to wytłumaczyć), w zupełnie innym świetle niż myślałem, że jest. Okazało się tak samo, że we mnie miłości nie ma. Że jestem samolubem i kierowałem się tylko egoistycznymi pobudkami. Krótko mówiąc spaprałem 33 lata życia. Naprawdę poczułem się szmatławo sam ze sobą. I nie do końca rozumiałem, co się stało... Jednego byłem pewien, że to był Bóg, że przyszedł do mnie i pokazał mi, gdzie leży kłopot - czemu jestem chory i co się stanie, jeśli teraz umrę. Wiedziałem, że jeśli teraz kipnę, po tamtej stronie z Bogiem mnie nie będzie. I nie trafię do fajnego miejsca. Więc kolejne przerażenie, ale też radocha, bo spotkałem się z Bogiem. Pokazał mi, jak chciałby, żebym kochał ludzi i…. Jego :-) Przez trzy dni kolejne dostawałem mocne zapewnienia, że mi się nie przewidziało, że to był Bóg. Sonia była świadkiem. Zaraz po moim olśnieniu wydrukowałem te 8 stron Howarda Storma i dałem jej do przeczytania. Myślałem, że nią też wstrząśnie. A tu nic :-) Ale była świadkiem i też narzędziem Boga w tych trzech dniach. Rano następnego dnia pamiętam, że wstałem i z przerażoną radochą (dziwny stan) wiedziałem już, że jest Bóg, że odpowiada na modlitwy (w końcu to od niechcenia w katedrze było modlitwą :-)) i pomodliłem się, żeby mi pokazał, co mam zrobić, żeby naprawić to spaprane życie. Wieczorem robiliśmy kolacje i Sonia położyła deseczkę do krojenia chleba na rusztach kuchenki i coś tam kroiła, deseczka się przykleiła i po odklejeniu wyglądała tak:


Były to dni, w których mocno czułem obecność Bożą w domu i myślę, że Sonia też, mimo że nie doświadczyła tego, co ja. Widziała, była świadkiem tych wszystkich wydarzeń. 
Od tej pory przez dwa miesiące starałem się sam naprawiać swoje życie. Zostałem wolontariuszem. Mimo stanu zdrowia :-) zacząłem chodzić do kościoła dominikanów na msze. Bo tak myślałem, że do Boga się zbliżę. I tak po dwóch miesiącach dotarło do mnie, że niestety oddalam się od tego, co przeżyłem. Oddalam się od Boga i próbuje sam siebie naprawić, co marnie mi idzie. Miłości jak nie było, tak nie ma. Mogę jedynie udawać, starać się być milszym, starać się widzieć ludzi w pozytywnym świetle itd., ale to tylko starania nieudolne.
Wtedy stał się kolejny cud, a mianowicie dostałem totalnego ssania, nienaturalnego, z góry - na Nowy Testament. Połknąłem go raz, drugi i… trafiłem w tym samym czasie na portal www.szukajacboga.com (ang. wersja http://peacewithgod.jesus.net/) - tam w dość kiczowaty sposób, ale treść jest ważna, zostało czarno na białym pokazane przesłanie ewangelii.
Efekt jest taki, że oddałem swoje życie w ręce Boga. Oddałem życie Jezusowi, jakkolwiek to brzmi. Dowiedziałem się, że Bóg stworzył człowieka do życia w jedności z Nim. ( tutaj sparafrazuje słowa z tekstu o czterech prawach życia duchowego, bo to co tam jest napisane zmieniło moje życie więc żeby dobrze zrozumieć o co chodzi postaram się prawie tak samo napisać - jest po prostu bardzo logiczne) Że człowiek zbłądził wybierając dla swego życia ścieżkę niezależną ... po swojemu. Ten przejaw samowoli i buntu wobec Boga właśnie jest według Biblii grzechem. No i ten grzech przerwał ustanowioną więź, dlatego też Bożego planu i Jego miłości nie doświadczamy. Dotarło do mnie, że to, co się stało te 2000 z kawałkiem lat temu, nie jest bajką i to, co Jezus mówił o sobie, jest prawdą. I za te moje 33 lata życia niezależnie od Niego już On poniósł karę (która mi się należała). Zmarł za nie i zmartwychwstał. Nikt nie jest w stanie własnymi wysiłkami i dobrym życiem zapracować na zbawienie, dlatego Jezus oddał siebie z miłości do nas (z miłości do mnie) ponosząc za moje grzechy karę - nie wystarczy o tym wiedzieć intelektualnie, ale powinienem na to odpowiedzieć oddając swoje życie, wszystkie sprawy, w Jego ręce, uznając tym samym Jego za osobistego Zbawiciela i Pana, powierzyć mu siebie, nawiązując tym samym tę utraconą relację. To jedyny sposób, żeby po tamtej stronie do Boga trafić. Jeśli tutaj nie nawiążę tej relacji (żywej, prawdziwej), to po tamtej stronie będzie za późno. Ukorzyłem się, przeprosiłem za życie niezależne od Jego woli i poprosiłem o to, żeby mnie poprowadził i zmienił na taki obraz, jaki chce. I On to zrobił. Przyszedł i leczy mnie. Z każdej sprawy. Z choroby, z tego braku miłości. Dostałem nowe życie, nowe serce – pełne, a nie ciągle pragnące, jak wcześniej (pragnące i wypełniające te pragnienia sztuką, muzyką itd., ciągłe ssanie na nie wiadomo co). Teraz już wiem, że to było nieuświadomione ssanie Boga. Każdy Go potrzebuje. I przyjmując Go dostajemy nowe życie z pełnym, mięsistym sercem. Bez Boga miłość jest faktycznie - jak to nazwałeś - specyficznym sposobem manipulowania hormonami. 
Pan Jezus nie jest jakiś odległy. Jest bardzo realny i prowadzi mnie każdego dnia. Czasem mocniej, a czasem mniej to się odczuwa, ale tak jest. I doświadczenie miłości Bożej przechodzi ludzkie poznanie. Wszystkie koncerty, uniesienia w sztuce, czy cokolwiek sobie można wyobrazić, jest niczym w porównaniu z tym, co otrzymujemy od Niego. Bóg kocha każdego niezależnie od tego, co zrobił. Jedynie od nas zależy, czy tę miłość przyjmiemy, czy chcemy żyć w jedności z Nim, czy dalej niezależnie (co się niestety kończy tragicznie, przede wszystkim w wymiarze wiecznym). 


P.S. Dodatek ostatni ;-) - Każdy z tą wiecznością się spotka, czy tego chce, czy nie ........




Kimkolwiek jesteś, jeśli jesteś poruszony moją historią wiedz, że to nie przypadek, że to czytasz i że to Bóg Ciebie dotyka i zaprasza do szukania Jego. On Ciebie kocha !!! i to nie puste słowa a prawda. Pan Bóg posłużyć się może wszystkim do pociągnięcia ludzi ku sobie. Jezus Ciebie kocha i chce Tobie objawić samego siebie i poprowadzić przez życie (w Ew. Jana jest napisane w rozdziale 14 wersecie 21 "...a kto mnie miłuje, tego też będzie miłował mój Ojciec i Ja miłować go będę, i objawię mu samego siebie..." to słowa Pana Jezusa i dalej w tej samej Ewangelii ten sam rozdział i werset 23 "... Ojciec mój umiłuje go, i do niego przyjdziemy, i u niego zamieszkamy."). Wystarczy, że w to uwierzysz i zaprosisz Go a będziesz zdziwiony Jego realnością i zaskoczony tym co otrzymasz - ogromem miłości i pokoju i radości. 

tak pomyślałem, że dodam jeszcze bo.... już tyle razy różne pytania padały w stylu a co to za religia a czy św. Jehowy jesteś a czy ta sekta to .... itd itd. więc chcę wyjaśnić, że nie namawiam nikogo do wstąpienia do jakiejkolwiek organizacji religijnej czy jakiegoś kościoła. To nie ma znaczenia czy jesteś katolikiem, czy protestantem czy prawosławnym czy kimkolwiek innym. Możesz sobie należeć do kościoła jakiego chcesz. To o czym mówię jest relacją i nawiązuje się ją osobiście z Bogiem który przyszedł w ciele na świat. Po zmartwychwstaniu jest żywy i chce mieć z Tobą relację. Zapłacił za Twoje życie niezależne od Niego i chce Ciebie poprowadzić. Gdziekolwiek jesteś, gdziekolwiek chodzisz na nabożeństwa czy też nigdzie nie chodzisz to nie ma znaczenia ale znaczenie ma to czy się na nowo narodziłeś powierzając swoje życie żywemu Jezusowi. W Ew. Jana 3,1-6. jest o tym mowa. Warto zastanowić się czy się te nowe narodziny przeżyło bo jest to kluczowa sprawa w zbawieniu i przyjęciu Bożego przebaczenia. Zapewniam Ciebie kimkolwiek jesteś, że jeśli masz wątpliwości czy przeżyłeś te nowe narodziny to na pewno się to nie stało w Twoim życiu jeszcze. Nie znam nikogo kto by się narodził na nowo i nie wiedział o tym. Dzieje się to po przyjęciu przebaczenia od Jezusa i powierzenia mu wszystkiego, całego swojego życia. Wtedy dopiero On ma pełne prawo do Ciebie. W momencie w którym decydujesz się zejść z tronu w swoim życiu i oddać go Jezusowi. Pozwalając kierować jak On chce Tobą. Wtedy dostajesz Ducha Świętego i tylko wtedy. Pan Jezus mówił: " Kto bowiem chce zachować duszę swoją, straci ją, kto zaś straci duszę swoją dla mnie, ten ją zyska" Ew. Łukasza 9; 24. i Nie da się inaczej otrzymać Ducha Świętego. Nie można otrzymać go przez jakieś rytuały czy sakramenty, czy w jakikolwiek inny sposób. Tylko powierzając swoje życie w 100% Bogu. Wtedy Pan obiecuje że tak się stanie. i nikt tego nie żałuje bo zaczyna się wtedy cudowne życie z Bogiem na co dzień :-). Nie znam nikogo kto podjąłby taką decyzję i tego żałował :-) i jestem pewien, że takich ludzi po prostu nie ma :-) tego nie można żałować. OK tyle tytułem wyjaśnienia czy należę do sekty jakiejś :-) i będę się modlił o to nowe życie dla Ciebie …..

 
------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
------------------------------------------------------------------------------------------------------------------


ENGLISH VERSION


------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
------------------------------------------------------------------------------------------------------------------


Saturday 19th February 2011Letter that I wrote to Henio :-) my mother's friend from my childhood times. He spoke to me after 27 years with question how is it going so I described him events from almost all of the last year. That's when this happened that made me as I am now. The letter itself provoked me to create this blog. Maybe someone will get something out from it for himself.



----------------------------------------------------------------


Hi. I'm glad of establishing contact too. And I’m going to tell You how is it going if You are so curious... but it's going to be very long :-) and I have to straighten up some things at first. Despite of really short moments in my life when such thought as I can willingly give up this constant every day journey around the earth’s  axis, I have never thought about giving up, breaking, ending my life seriously, just as You probably were thinking. The thing I witnessed was out of my will. That’s what is also happening sometimes, furthermore I might say it's going to happen with everyone at the end whether wanted or not  :-)
So, I was struggling with my health problems, which I really didn't want at the time (playing was about to get going, newly published record with good press, development prospects and so-called fulfilment in doing what you like to do – as You mentioned in the e-mail) those came out to be terminal I mean the doctors tapped their heads saying I was a hypochondriac as it usually is when someone suffers difficult to treat and diagnose (as it is common in our country:-))diseases because if I had what I say I had, I should long be lying in ICU or in the "other side", or those ones who believed in diagnoses and in my body's actual state spread their arms helplessly saying quote: "I really do not know what to do with all the wild life bred in your blood" :-) he-he
whatever. I wrote earlier that I struggled over a year or two with a real serious conditions (because the sickness developed earlier but I didn’t care about lesser symptoms :-)) I wasn't concerned about what's going on as far as I was young and able to function :-))) but when it struck me there was nothing really left :-). Surely You will be curious what exactly, so I will tell You that the stage was final: neuroboreliosis, aspergillosis (the brain surely affected), system candidasis (alive candida crusei in blood) and many more cool stuff in my veins. Ticks – these I caught many times during my childhood vacation :-) so it grew inside me for a long time – I'm sure. It's not important now. The effect was when it struck for good (continuous brain enflames) I tried to cure myself in many ways, unfortunately that helped only for a moment or simply didn't helped and later on it was only worse. I treated one and the other grew on this. So it became clear that there's no help in rational treatment. Doctors chickened out. My lonely efforts in searching other sick people's experiences also failed, even bioenergetics was on my board, so it came clear I'm not going to pull for long. I had two real meetings with death. I felt this is the end and I let it to happen, I waited for it (luckily it didn't happen). I was with Sonia after 6 year relationship. She was terrified. So, as soon as I started to wonder is it going to be a month, week or half a year and in top of that not very comfortable, I remember maybe I'll go somewhere to sin in a spot of some force so it's going to put me back on feet :-) (I read about chakras once) and even some theory I found saying that the one is in the Poznan cathedral so I went there . That was an occult idea. I sat close to the altar hoping that's the place :-) So I was seating there feeling a little absurdly. It wasn’t only the case that I was in the church, but some guy sitting close to the altar and consuming force. he-he. I didn't feel anything special, neither improvement nor a meaning of my doing, so heading to the exit I looked spontaneously up (that's the church, you know:-)) God help me because I'm dying and suffering here.
And so the changes had begun that I mentioned before. And so forth beginning a part of my story that is less interesting for you. Though I hope it isn't.
But let's be precise. I have never been a religious person (and I still can't say that I am) by the way You remember my mum. She was closer to the meditation and the Buddha, Zen than to thinking about Good The Creator. I grew in such home and I had the same perspective through my whole life. I even (back to thinking about death) was saying it was going to be the most beautiful moment in my life. I didn't think that because I wanted this way but I thought it was going to be a relief, a disposal of corporality and my burden would end. Life seems to be a wonderful but hard experience :-). But when in the age of 33 you're confronting the thought you’re going to end this journey you start to think. What’s next? Is there anything out there. I was really convinced already... Do You remember Renata? She drown in Dębki and was dead for couple of minutes. Luckily some doctor reanimated her – she managed to come back to life... and she told us there was so beautiful on the other side and she didn't wanted to go back. So I lived with conviction that there is a life, there is beautiful and there's OK. As I mentioned when it's coming you start being frightened. So that day after cathedral when me and Sonia were sitting and talking, I started to think that there's nothing out there. Everything indicates that I'm dying as that's the end. Emptiness. I'm disappearing. That is all good-bye Winetou. I got really scared. I just knew that I did not want that yet. I ran to professor Google and I typed "Clinical Death" Link sprung up redirecting to the story told by Howard Storm about his near death experience. I'll put that link at the end if anybody wants to read.
The guy experienced incredible stories on the other side. I won’t tell You everything. Anyway I've read those kind of stories many times and they didn't make any impression on me but this time I felt strange. First of all I started to shake, then I was sure that everything I read is true – not for him only but real objective truth – things he had experienced were true, at last he in the end met with angels and Jesus, which spoke to him telling "I want to talk about your life" and so the whole life displays. From different perspective than he has seen it by his own eyes before. It came out that all his achievements and successes were not important, but important is if he was treating others with love. It also came out that his life was a misery, except for a small incident when he hugged his sick sister. It was the biggest triumph of his life. 
When I finished reading I felt strange, I was shaking all the time and I experienced my whole life again too. Suddenly I saw it with details I have long forgotten (in a split of a second – it's just difficult to explain) and from different perspective. I realized there was no love in me and I was selfish, shortly speaking I wasted 33 years of my life. I truly felt bad with myself. And I didn't really realized what happened... I just knew that there was a God that came and showed me where the problem was. Why I was sick and what was going to happen when I died then. I knew that if I died then I wouldn't be with God in the other side. I wouldn't be in someplace nice. So there goes another horror, bat also a joy from meeting with God. 
He has shown me how he would want me to love others and ... him :-) in following three days I was ensured  that it was not an illusion, that there was God. Sonia witnessed, after my enlightenment I printed 8 pages of Howard Storm and gave her to read. I thought it was going to be a shock for her but it was not. But she was a witness and a tool in God's hands during those three days. Next day morning – I remember – I woke up frightened and cheerful at the same time (which was strange) I knew that there was God, he answered prays ( this cathedral moment was a prayer:-)) so I prayed for guidance what to do to fix this damaged life. On during making  dinner when Sonia put a bread board onto a kitchen grate and cut something there. The board stuck and after that it looked like this:







Those were the days when me and Sonia felt God's presence in our home. And I think Sonia despite she never experienced the same as me, she witnessed it all.
Since then for over two months I tried to fix my own life. I started volunteer work. Despite my health condition :-) and I started going to the Dominican Order church in Poznan to Masses. That because I thought I could get close to God. So after two months I realised I was moving from what I experienced. I was moving away from God and I was trying to fix myself on my own which was progressing very bad. There was no love as before. I could have only pretended. Become nicer, try to see people in better light etc but I just failed trying.
Then another miracle came. I felt real hunger for the New Testament. I swallowed it once, the second and so on ... and I stumbled upon  www.szukajacboga.com 
(eng. ver. http://peacewithgod.jesus.net/)  where in kitschy style – but that didn't matter – the content was important – black on white was written the gospel's message..
The effect is I gave my life in God's hands. I gave my life to Jesus - despite how kitschy it sounds. I have learned That God created a man to live in unity with him. That man was mistaken choosing for his life a path of independence, on his own. This is the sin according to the Bible. That sin broke the established unity so we didn't experience neither God's plan nor his love. I realised that what happened around 2000 years ago was not a fairy tale and what Jesus spoke about himself was also true. For my 33 years he has received punishment (which should have been mine). He died for me and resurrected. No one using his effort and good life could work for his own salvation. That's why Jesus surrendered himself from love to us suffering punishment for my sins. It's not enough just to know about that but I should answer to that by giving all of my matters to Him. Considering him as a personal saviour and Lord. Confide in Him, establishing lost relation at the same time. That's the only way to go to God on the other side. If man doesn’t establish this alive true relation here, there is going to be late on that other side. I have yielded, asked for forgiveness for my life despite his will, and asked to guide  me and shape me like He wants. And he did that. He came and he cured me. From sickness, from lack of  love. I was given a new life, new full heart.... but not constantly in need like before. Wanting and fulfilling it by art, music etc. Constant desire for – I didn't even know. Now I know it was untold desire for God. Everybody needs Him and by accepting him we are getting a new life with full fleshy heart. 
Love - as You said before – without God is specific way of manipulating man's hormones. 
Anyway this first meeting with God happened in March, two months later I gave my life to Jesus, the moment later I quit my medications. When I quit them, my condition worsened – now it is February and I function completely normal. In fact, it's not full recovery but I my nightmare ended a long time ago and I believe I'll be healthy in 100 percent soon :-)
One more thing, Lord Jesus is not distant. He is very real and guides me every day. I can feel it sometimes harder sometime less but it surely is. To Experience God's love is beyond imagination. All concerts, art excitements or everything man could imagine is nothing in comparison to what we get from Him. God loves everyone despite what man did. It is up to us only if we accept this love, if we want to live in unity with Him or independently... which ends tragically... first of all in eternal meaning. 

Link to the Howard Storm testimony I mentioned:

http://forum.i-doser.pl/viewtopic.php?t=839

p. s. Last addendum;-) - Everyone meets its eternity whether he wants it or not. Putting this topic on a shelf and not confirming it is at least reckless. It can be confirmed anyway. And I wish You all to give it a try...